Kanapka z szynką czy tost z serem i ketchupem? A może omlet?
Albo pancakes’y?
Takie problemy powinny mi towarzyszyć do końca życia. O tak. Byłyby zdecydowanie
prostsze niż to, z czym mam się zmierzyć. Otóż mam trzymać buzię na kłódkę.
Najtrudniejsza sprawa z jaką się kiedykolwiek zmagałam. Ja, Lilianne Ivy
Bacardie, największa gaduła na świecie, człowiek o nigdy nie zamykających się
ustach mam skulić ogon i nic nie mówić. Dlaczego? Bo tak sobie ktoś zażyczył.
To… to bardzo nie fair.
Wychodzę z pokoju z uśmiechem, bo wiem, że ten dzień będzie
przepełniony niespodziankami. Wracam się jeszcze do kuchni po sałatkę, którą
zrobiłam sobie rano. Chyba za bardzo wzięłam sobie do serca sugestię Devona o
tym, że jestem gruba. Wiem, że to była ironia ale nie daje mi to spokoju –
skądś ten pomysł się musiał wziąć. Zaopatrzona w jedzenie -tak bardzo- fit tym
razem skutecznie wychodzę z pokoju, zamykam je i ruszam korytarzem w kierunku
wyjścia z akademika. Znajdując się już na świeżym powietrzu zauważam piękny
lecz niebezpieczny fakt, którego nie przewidziałam. Deszcz. Chłodne, jesienne
krople spadają z dziurawych chmur, łącząc się już na ziemi w duże kałuże, który
każdy omija wielkimi krokami jakby stąpał po wąskim polu minowym. Widzę kolegów
z klasy biegnących w stronę szkoły z naciągniętymi kapturami kurtek aż po same
czoła i przedstawicielki płci pięknej, kroczące z różnokolorowymi parasolami
lub jakimiś innymi prymitywnymi osłonami, które mają zapobiec skręceniu się
świeżo wyprostowanych włosów. To takie banalne.
Wychodzę spod zadaszenia budynku pokojowego i pozwalam aby zimne krople zatrzymały
się na mojej twarzy. Zamykam oczy i i unoszę twarz w stronę chmur. W tym
momencie nie myślę o ponurej rzeczywistości, o tym, że zaraz znajdę się w burej
szkole, będę siedzieć kilka godzin na twardych krzesłach i notować regułki,
które do niczego mi się nie przydadzą. Nie myślę o chorym ojcu, mojej
psychopatycznie walniętej siostrze bliźniaczce i zdecydowanie wyhamowanym
koledze Devonie. Właśnie! Niespodzianka! Czas wrócić do świata żywych. Ruszam
pewnym krokiem, kołysząc się w rytm kropel deszczu uderzających o rynny
budynków, kiedy coś ciemnego miga mi przed oczami. I ja doskonale wiem co –a raczej
kto- to jest.
-Devon! –krzyczę do mojego przyjaciela, który natychmiast się obraca.
Początkowo jego wyraz twarzy jest zwyczajny, obojętny. Jednak, gdy orientuje
się, kto go wołał, zmienia się on w mieszankę radości, dumy i poirytowania.
Nigdy nie rozgryzę tego chłopaka. Podbiegam do niego i rzucam mu się na szyję w
geście przywitania. Kiedy się od niego odklejam widać, że nie jest zbyt
zadowolony z mojego nagłego ruchu. No cóż. Ja chciałam tylko rozładować
ekscytację, która pojawiła się w moich żyłach i zaczęła krążyć po krwiobiegu
doprowadzając każdą cząsteczkę mojego ciała do drgań. Bo to właśnie jego osoba
jest powiązana z niespodzianką.
-Yhm, tak cześć Ivy. – mówi z tą cholerną powagą w głosie. Serio: czy on się
nigdy nie bawi lub uśmiecha? Postanowiłam to zignorować, bo dziś jest zbyt
wyjątkowy dzień na takie dołujące rozmyślania.
-Użyczysz mi tego jakże wspaniałego parasola i potowarzyszysz w drodze do
szkoły? –mówię z przesadnie udawaną powagą i elegancją, po czym spoglądam na
parasol Devona, który pomieścił by chyba z sześć osób. Chłopak nie odpowiada.
Po prostu podchodzi do mnie i z widocznym przez ułamek sekundy uśmiechem
prowadzi do drzwi szkoły.
Na korytarzu odprowadza mnie wzrokiem stojąc jak słup soli dopóki nie znalazłam
się pod szafką. Wtedy znika, zapewne teleportując się pod swoją.
Wkładając książki do mojej bawełnianej torby słyszę za sobą znajomy głos:
-Uu… Po coś się tak odpierdzieliła, księżniczko? – gdy się odwracam, widzę Sarę
stojącą teraz z jedną nogą zgięto w kolanie, ze złożonymi rękami na wysokości
klatki piersiowej i trzepoczącymi rzęsami. Wybucham śmiechem i spoglądam na
moje ubranie. Jeansowe rurki z dziurami na kolanie, biała bluzka z nadrukiem i beżowa
kurtka. Myślę, że nie wyróżniałam się zbytnio od reszty uczniów. Ale mimo
wszystko zaczęłam ciągnąć temat.
-A co? Zazdrościsz?
-Ja? Nigdy. –stwierdza Sara podkreślając ostatnie słowo. Następnie zamykam
szafkę, łapię Sarę za rękę i ruszam w kierunku sali na pierwszą lekcję, którą
okazała się filozofia. Szczerze przyznam, że to mój ulubiony przedmiot. Może
dlatego, że łatwo mi wchodzi, może dlatego, że pan Dan-zu Feng jest
najwspanialszym nauczycielem na świecie. Zdarza się –szczególnie kiedy zarówno
ja, jak i on mamy dobre dni- że siedząc w ławce i wpatrując się w niego jak w
lustro, zastanawiam się, czy opłaciłoby mi się zamrożenie go moją mocą, wsadzenie
do zamrażarki i wpatrywanie się w niego przez resztę życia. Niestety teraz,
dzwonek brutalnie przerywa te chore przemyślenia i nakazuje wchodzić do klas.
Siadam w ostatniej ławce pod oknem, żeby móc choć przez krótkie chwile
popatrzeć na tańczące na oknie krople deszczu. Kiedy wchodzi pan Feng,
uświadamiam sobie, że nie ma jeszcze niespodzianki. Gdzie on jest? Myślę. I wtedy drzwi sali otwierają się, a w nich
ukazuje się Pan Zagadka.
-O! Właśnie. Słuchajcie, do waszej klasy od dziś będzie chodził nowy kolega -Devon
–mówi, po czym spogląda na chłopaka dając znak, żeby się przywitał.
-Ughm. –odchrząkuje. –Cześć.
Po jego słowach następuje niezręczna cisza, jakby każda ze stron oczekiwała na
wypowiedź drugiej. Ja jednak byłam świadoma, że Devon już zakończył swoją
wypowiedź. W końcu odzywa się nauczyciel z wyraźnym zrezygnowaniem w głosie:
-Dobrze usiądź już i zaczynamy lekcję.
To był moment, kiedy Devon zaczął przyglądać się całej sali wypatrując wolnego
miejsca. Kiedy –nareszcie- zauważył mnie uśmiechającą się do niego tak, że
chyba było widać wszystkie moje zęby. Dodatkowo, mięśnie policzkowe piekły od
wysiłku. Bezgłośnie wyszeptałam, żeby mógł wyczytać z ruchu moich warg: ‘Niespodzianka’. Jego mina była
bezcenna! Wyglądał jakby był zadowolony ale jednocześnie miał ochotę wybiec z sali
i schować się w gdzieś daleko. W końcu,
chłopak przewrócił teatralnie oczami, po czym kontynuował lustrowanie ławek.
Wolne miejsce było tylko koło mnie i w trzeciej ławce w środkowym rzędzie.
<Devon?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz