czwartek, 27 października 2016

Od Ivy cd. Devona

Kanapka z szynką czy tost z serem i ketchupem? A może omlet? Albo pancakes’y? 
Takie problemy powinny mi towarzyszyć do końca życia. O tak. Byłyby zdecydowanie prostsze niż to, z czym mam się zmierzyć. Otóż mam trzymać buzię na kłódkę. Najtrudniejsza sprawa z jaką się kiedykolwiek zmagałam. Ja, Lilianne Ivy Bacardie, największa gaduła na świecie, człowiek o nigdy nie zamykających się ustach mam skulić ogon i nic nie mówić. Dlaczego? Bo tak sobie ktoś zażyczył. To… to bardzo nie fair.


Wychodzę z pokoju z uśmiechem, bo wiem, że ten dzień będzie przepełniony niespodziankami. Wracam się jeszcze do kuchni po sałatkę, którą zrobiłam sobie rano. Chyba za bardzo wzięłam sobie do serca sugestię Devona o tym, że jestem gruba. Wiem, że to była ironia ale nie daje mi to spokoju – skądś ten pomysł się musiał wziąć. Zaopatrzona w jedzenie -tak bardzo- fit tym razem skutecznie wychodzę z pokoju, zamykam je i ruszam korytarzem w kierunku wyjścia z akademika. Znajdując się już na świeżym powietrzu zauważam piękny lecz niebezpieczny fakt, którego nie przewidziałam. Deszcz. Chłodne, jesienne krople spadają z dziurawych chmur, łącząc się już na ziemi w duże kałuże, który każdy omija wielkimi krokami jakby stąpał po wąskim polu minowym. Widzę kolegów z klasy biegnących w stronę szkoły z naciągniętymi kapturami kurtek aż po same czoła i przedstawicielki płci pięknej, kroczące z różnokolorowymi parasolami lub jakimiś innymi prymitywnymi osłonami, które mają zapobiec skręceniu się świeżo wyprostowanych włosów. To takie banalne. 
Wychodzę spod zadaszenia budynku pokojowego i pozwalam aby zimne krople zatrzymały się na mojej twarzy. Zamykam oczy i i unoszę twarz w stronę chmur. W tym momencie nie myślę o ponurej rzeczywistości, o tym, że zaraz znajdę się w burej szkole, będę siedzieć kilka godzin na twardych krzesłach i notować regułki, które do niczego mi się nie przydadzą. Nie myślę o chorym ojcu, mojej psychopatycznie walniętej siostrze bliźniaczce i zdecydowanie wyhamowanym koledze Devonie. Właśnie! Niespodzianka! Czas wrócić do świata żywych. Ruszam pewnym krokiem, kołysząc się w rytm kropel deszczu uderzających o rynny budynków, kiedy coś ciemnego miga mi przed oczami. I ja doskonale wiem co –a raczej kto- to jest.
-Devon! –krzyczę do mojego przyjaciela, który natychmiast się obraca. Początkowo jego wyraz twarzy jest zwyczajny, obojętny. Jednak, gdy orientuje się, kto go wołał, zmienia się on w mieszankę radości, dumy i poirytowania. Nigdy nie rozgryzę tego chłopaka. Podbiegam do niego i rzucam mu się na szyję w geście przywitania. Kiedy się od niego odklejam widać, że nie jest zbyt zadowolony z mojego nagłego ruchu. No cóż. Ja chciałam tylko rozładować ekscytację, która pojawiła się w moich żyłach i zaczęła krążyć po krwiobiegu doprowadzając każdą cząsteczkę mojego ciała do drgań. Bo to właśnie jego osoba jest powiązana z niespodzianką.
-Yhm, tak cześć Ivy. – mówi z tą cholerną powagą w głosie. Serio: czy on się nigdy nie bawi lub uśmiecha? Postanowiłam to zignorować, bo dziś jest zbyt wyjątkowy dzień na takie dołujące rozmyślania.
-Użyczysz mi tego jakże wspaniałego parasola i potowarzyszysz w drodze do szkoły? –mówię z przesadnie udawaną powagą i elegancją, po czym spoglądam na parasol Devona, który pomieścił by chyba z sześć osób. Chłopak nie odpowiada. Po prostu podchodzi do mnie i z widocznym przez ułamek sekundy uśmiechem prowadzi do drzwi szkoły. 
Na korytarzu odprowadza mnie wzrokiem stojąc jak słup soli dopóki nie znalazłam się pod szafką. Wtedy znika, zapewne teleportując się pod swoją. 
Wkładając książki do mojej bawełnianej torby słyszę za sobą znajomy głos:
-Uu… Po coś się tak odpierdzieliła, księżniczko? – gdy się odwracam, widzę Sarę stojącą teraz z jedną nogą zgięto w kolanie, ze złożonymi rękami na wysokości klatki piersiowej i trzepoczącymi rzęsami. Wybucham śmiechem i spoglądam na moje ubranie. Jeansowe rurki z dziurami na kolanie, biała bluzka z nadrukiem i beżowa kurtka. Myślę, że nie wyróżniałam się zbytnio od reszty uczniów. Ale mimo wszystko zaczęłam ciągnąć temat.
-A co? Zazdrościsz?
-Ja? Nigdy. –stwierdza Sara podkreślając ostatnie słowo. Następnie zamykam szafkę, łapię Sarę za rękę i ruszam w kierunku sali na pierwszą lekcję, którą okazała się filozofia. Szczerze przyznam, że to mój ulubiony przedmiot. Może dlatego, że łatwo mi wchodzi, może dlatego, że pan Dan-zu Feng jest najwspanialszym nauczycielem na świecie. Zdarza się –szczególnie kiedy zarówno ja, jak i on mamy dobre dni- że siedząc w ławce i wpatrując się w niego jak w lustro, zastanawiam się, czy opłaciłoby mi się zamrożenie go moją mocą, wsadzenie do zamrażarki i wpatrywanie się w niego przez resztę życia. Niestety teraz, dzwonek brutalnie przerywa te chore przemyślenia i nakazuje wchodzić do klas. Siadam w ostatniej ławce pod oknem, żeby móc choć przez krótkie chwile popatrzeć na tańczące na oknie krople deszczu. Kiedy wchodzi pan Feng, uświadamiam sobie, że nie ma jeszcze niespodzianki. Gdzie on jest? Myślę. I wtedy drzwi sali otwierają się, a w nich ukazuje się Pan Zagadka.
-O! Właśnie. Słuchajcie, do waszej klasy od dziś będzie chodził nowy kolega -Devon –mówi, po czym spogląda na chłopaka dając znak, żeby się przywitał.
-Ughm. –odchrząkuje. –Cześć.
Po jego słowach następuje niezręczna cisza, jakby każda ze stron oczekiwała na wypowiedź drugiej. Ja jednak byłam świadoma, że Devon już zakończył swoją wypowiedź. W końcu odzywa się nauczyciel z wyraźnym zrezygnowaniem w głosie:
-Dobrze usiądź już i zaczynamy lekcję.
To był moment, kiedy Devon zaczął przyglądać się całej sali wypatrując wolnego miejsca. Kiedy –nareszcie- zauważył mnie uśmiechającą się do niego tak, że chyba było widać wszystkie moje zęby. Dodatkowo, mięśnie policzkowe piekły od wysiłku. Bezgłośnie wyszeptałam, żeby mógł wyczytać z ruchu moich warg: ‘Niespodzianka’. Jego mina była bezcenna! Wyglądał jakby był zadowolony ale jednocześnie miał ochotę wybiec z sali i schować się w gdzieś daleko.  W końcu, chłopak przewrócił teatralnie oczami, po czym kontynuował lustrowanie ławek. Wolne miejsce było tylko koło mnie i w trzeciej ławce w środkowym rzędzie.

<Devon?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz