sobota, 29 października 2016

Od Ivy cd. Devona

Pan Zagadka dyktuje warunki. Sztywne. Cholernie sztywne. Ale zgadzam się na nie, bo nie mam wyboru. Ten człowiek jest zupełnie inny niż reszta. Przyciąga mnie jak magnes mimo, że prawie nic nie mówi i nie próbuje ukryć, że jak bardzo denerwuje go moja osoba. Daje mi numer ale prawie zabrania się ze sobą kontaktować. I uważa, że przebywam z nim dla szpanu. Gdy to powiedział nic sobie z tego nie zrobiłam. Ot, tylko tak napisał. Teraz, leżąc w miękkim łóżku, przykryta ciepłą kołdrą, usilnie próbująca zasnąć uświadamiam sobie, że jego napisane czarnym atramentem długopisu słowa bolą. Tylko on tak na mnie działa. Nie, żeby coś między nami było tylko… kiedy on mi jakoś dogryzie, dopowie ja po pewnym czasie biorę to do siebie i… zmieniam to w sobie. Nie wiem dlaczego słucham się tego człowieka. Mam wrażenie, że go nawet nie znam – co dzień ukazuje mi się jego inna część. Z tymi rozmyślaniami odpływam w twardy, dziewięciogodzinny sen.


Budzą mnie promienie słońca, które brutalnie wpadły do mojego pokoju bez zaproszenia i nakazując wrócić do rzeczywistości. Łaskoczą w policzek, grzeją w ręce. Siadam na łóżku i przecieram oczy, żeby szybciej przyzwyczaiły się do jasności panującej w moim mieszkaniu. Sprawdzam budzik, który pokazuje mi dokładnie 9:57. Leniwie wstaje z łóżka i kieruję kroki do małej kuchni w celu zrobienia sobie ohydnej, mocnej, czarnej kawy. Blee. Ale bez tego zasnęłabym idąc. I wtedy to do mnie dociera. Ciśnienie się podnosi, adrenalina szybciej zaczyna płynąć w krwiobiegu. Dziś jest środa! Spóźniłam się do szkoły jakieś… dwie godzinki. Tylko. Ubieram się, czeszę, maluję, myje i wykonuję całą resztę z serii rutynowe poranki i wychodzę do szkoły. Biegnę przez dziedziniec po twardym i suchym (już) betonie, kiedy zauważam, że kilku uczniów również zmierzających do szkoły przygląda mi się bacznie i parska cichym chichotem pod nosem. O co im chodzi? – myślę, po czym wzruszam ramionami i wchodzę do akademii. Trzecia lekcja już się zaczęła, więc biegnę szybko w kierunku sali językowej. Gdy staję w drzwiach wszystkie oczy zwracają się w moją stronę i lustrują mnie uważnie. Nawet nauczyciel i stojący obok niego –zapewne odpowiadający – Devon. Po klasie noszą się szmery, ktoś chichocze, ktoś jest oburzony. Patrzę tylko na jedną, konkretną osobę, która teraz odwraca wzrok, żebym nie zobaczyła, że ma ochotę się uśmiechnąć. Tak szczerze. Czyli jednak nie ma skurczy mięśni policzkowych i posiada tę umiejętność jak każdy inny człowiek. Potrafi się uśmiechnąć. Przepraszam za spóźnienie, tłumaczę się i idę do mojej ukochanej ostatniej ławki pod oknem. Ze zdziwieniem stwierdzam, że mój szanowny kolega dzisiejszego dnia zajął tą ławkę. Wyciągam książki, kiedy Devon zmierza już w moją stronę z oceną bardzo dobrą wpisaną na marginesie zeszytu. Siadając, nachyla się w moją stronę i szepcze:

-Fajne buty. Modne. – i puszcza do mnie oko. Spoglądam pod ławkę na moje stopy. To, co widzę jest wyjaśnieniem tych wszystkich chichotów, które towarzyszą mi tego dnia. Kapcie. Domowe kapcie z głową miśka na przodzie. Dziecinne. Żałosne. Ale jak sobie na to popatrzeć z drugiej strony – Pan Zagadka się uśmiechnął. Prawie. Piszę na kartce wiadomość do mojego kolegi z ławki.
Zaskoczony? Ostatni krzyk mody! :)
Tak, krzyk o pomoc

Ani trochę Ci się nie podobają?kiedy podaję mu kartkę z tym pytaniem, spoglądam na niego, wydymam dolną wargę i trzepoczę rzęsami, próbując zrobić słynną ‘słodką minkę’, która i tak najlepiej wychodzi małym brzdącom. Odpisuje mi:
Hm, oryginalne to trzeba przyznać. Ujdą.
I na tym kończy się nasza wymiana zdań, skupiamy się na lekcji.


***


Devon błyszczy. Wszyscy są nim zauroczeni: dziewczyny cały czas o nim mówią, dzielą się swoimi przemyśleniami i fantazjami. Mnie za to ścinają wzrokiem jakbym ukradła im co najmniej trzy palce. Chłopcy zaś, ustępują mu wszędzie miejsca i zgadują w jakim sporcie jest najlepszy. 

Bieganie. Ewidentnie. Ten człowiek z linii startu popatrzy się na metę i już wygrywa. 

Natomiast nauczyciele po jego wypowiedziach, które są celne i konkretne kiwają głową z aprobatą i zadowoleniem odsyłając do ławki z kolejnymi ocenami nie gorszymi niż bardzo dobry. Farciarz.

Wychodzę z akademii z zamysłem pójścia na krótki trening na basen. Dawno już nie ćwiczyłam, a kondycja spada. Wpadam jak błyskawica do mieszkania, pakuję rzeczy najpotrzebniejsze rzeczy i wysyłam wiadomość na numer Devona:

Masz jakieś konkretne plany na popołudnie? Wybieram się na basen i potrzebuje kogoś, kto mnie będzie motywował. Zainteresowany?
Czekając na odpowiedź postanowiłam szybko zjeść coś na obiad. Zrobiłam makaron z warzywami. Nadal mam fazę na bycie fit. Konsumuję makaron przy cichej melodii jakiejś sztuki operowej, która nieproszona wkrada się do mojego pokoju z mieszkania obok, kiedy czuję w kieszeni spodni wibrację, sygnalizujące nową wiadomość. Napycham sobie jedzenia do buzi, wycieram ręce, po czym chwytam za mojego smartphona i otwieram wiadomość przełykając ostatnie kęsy obiadu.


<Devon? Śmiało możesz się rozpisywać, wpadne tu wieczorkiem>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz