Pogoń trwała już bardzo długo. W zasadzie nie jestem w stanie określić czy był to dzień, czy miesiąc. Nie zwracając uwagi na wszelakie niedogodności każdego dnia poruszałem się naprzód. Jedynie po to, aby odzyskać to, co zostało mi odebrane. Wolność. Czymże jest wolność w całym wszechświecie? Słowem. Określeniem. Mówiącym nie więcej ani nie mniej niż tyle, iż dana istota żywa ma zdolność do robienia, czego jej się żywnie podoba. Wolność. Coś, o co miliony walczyły i walczą na całym świecie. Czy za zwykłą wolność ludzie giną? Nie. Ludzie giną za nie bycie więzionym. Nie ma nic gorszego, niż przystosowywanie się do zasad, które panują i jednocześnie nam nie pasują. Dostosowanie się do czyjejś woli. Do pogodzenia się, że teraz ktoś inny kontroluje naszym życiem.
Zatem jestem i ja. Kolejny pośród dziesiątek, setek, tysięcy, milionów goniącym za wolnością. Nie wyróżniającym się z tłumu. Zwykłym szarakiem. A jednak. Dane mi zostało bycie czymś więcej. Cała historia mojego istnienia jest długa i skomplikowana. Nie warto tracić słów na przeszłość, skoro czeka nas przyszłość. Dość niepewna przyszłość, w moim skromnym wypadku. Wracając do tematu pogoni: jestem uciekinierem. Kolejny przypadek z milionów innych. I kolejny raz jest to jednak coś więcej niż zwykły uciekinier. Obdarzony mocami. Umiejętnościami. Zwał jak zwał, ale najzwyczajniej w świecie potrafię wykonywać rzeczy, których inni nie potrafią. W końcu czy normalnym jest zmiana pogody czy przenoszenie się w miejsca, które się widzi? W filmach fantastycznych, science fiction czy podobnych - owszem. W normalnym życiu - jak najbardziej nie. Dlatego też jestem tak cenny. Przynajmniej oni tak mówili. Teraz to już przeszłość. Życie zaczęło się na nowo. Co prawda nie pamiętam nic z mojej przeszłości - dzieciństwa czy okresu buntu, bycia nieposkromionym nastolatkiem, pragnącym ciągłej zabawy, braku zobowiązań i wolności. Z jednej strony pasuje mi to. Z drugiej - drażni jak cholera. Ale nie jestem w stanie nic na to poradzić. Nikt nie jest. Najwidoczniej tak już musi być.
Każdej nocy myślę o tym samym. Próbuję sobie cokolwiek przypomnieć. Sprzed 'wielkiej ucieczki' jak nazywali to niektórzy. Ale wszystko na marne. Obecnie jestem w całkiem nowej sytuacji. Akademia dla odmieńców takich jak ja stoi przede mną otworem, a ja, jak ostatni debil zastanawiam się, co robić. Właśnie w tym momencie podejmuję decyzję. Jutro, z samego rana stawię się w tym miejscu. Zobaczymy, jak to wszystko będzie wyglądać. Teraz jednak przywołuję burzę i sięgam po szkicownik leżący na szafce nocnej tuż obok parapetu na którym obecnie siedzę. Na początku czekam na odpowiedni moment. Kiedy ten nadchodzi, dochodzi do wyładowania poprzez zesłanie pioruna na ziemię. Ten sięga dobrze znanego mi drzewa na pustkowiach za miastem. Szybko uwieczniam to zdarzenie na papierze, nim jest świeże. Każda burza jest inna. Nie ważne jak bym się nie starał, każda będzie inna. O tyle dobrze, że mieszkam w mieście słynącym z częstych burz i dużych opadów przez cały rok. Nie muszę kryć się ze swoimi nietypowymi upodobaniami. Po skończonym zarysie poprawiam go, dokładniej dorysowując wszystkie elementy potrzebne dla tego krajobrazu. Po jakimś czasie kończę. Przeglądam kilka poprzednich szkiców. Takie same, ale inne. Na każdym widać burzę. Chmury. Drzewo. I w końcu piorun. Ale każde jest inne. Moje przemyślenia odkładam do rana i kieruję się w stronę uwielbionej konsoli. Załączam grę i oddaję się stworzonemu światowi aż do świtu, kiedy to idę przyszykować się do dnia.
***
Punktualnie o godzinie dziewiątej stawiam się w akademii. Wita mnie nauczycielka historii, oprowadzając po całym terenie. Nie narzuca się, nie gada zbyt wiele. Kiedy jest cicho w powietrzu nie czuć typowego napięcia. Na sam koniec odprowadza mnie do swojego pokoju. Robi to szybko, tłumacząc się zajęciami za kilka minut, po czym znika jak kamień rzucony w głęboką wodę. O dziwo wszystkie moje rzeczy są już na miejscu. No tak, akademia odmieńców, sklerotyku. Postanawiam samemu przejść się jeszcze po okolicy, po drodze studiując wszystkie plany i grafiki, które otrzymałem. Drugi raz tego samego dnia widzę dziewczynę o jasnych włosach i szczupłej sylwetce. Teraz jednak, ona nie widzi mnie. Stoi zbyt daleko. Jednak za pierwszym razem, w akademii wlepiała we mnie wzrok przez cały czas, póki nie zmyłem się z jej pola widzenia. Dziwny człowiek. Zgaduję, że wszyscy tutaj mają to coś, co nas odróżnia. Wieczorem, kiedy robi się już ciemno, słońce ustępuje księżycowi a chmury zasnuwają niebo wyruszam w stronę akademii. Postanawiam odnaleźć sale, w których mam stawić się w najbliższy poniedziałek, to jest za dwa dni. Idzie mi dość szybko. Przekonamy się, jak będzie jutro, z czterema ścianami wypchanymi po brzegi ludźmi. Krępująca sytuacja. Szczególnie dla mnie. Moim zamiarem jest teraz powrót do pokoju, używając przy tym nóg, a nie mocy. Nie wychodzi. Nie zawsze wszystko wychodzi. Dzisiaj nic mi nie wychodzi. Przenoszę się co kilkanaście kroków do przodu, aż w końcu wpadam pod czyjeś nogi. Ów osoba upada, a ja mam największą chęć zapaść się pod ziemię. Nie robię tego. Nie mam takiej mocy. Wielki smutek. Po chwili osoba podnosi się i spogląda w moją twarz. Trzeci raz ją widzę. Czy to jakiś żart? Wywracam teatralnie oczami, na co dziewczyna mniej-więcej w moim wieku unosi brwi w geście zapytania.
Ivy?
Zatem jestem i ja. Kolejny pośród dziesiątek, setek, tysięcy, milionów goniącym za wolnością. Nie wyróżniającym się z tłumu. Zwykłym szarakiem. A jednak. Dane mi zostało bycie czymś więcej. Cała historia mojego istnienia jest długa i skomplikowana. Nie warto tracić słów na przeszłość, skoro czeka nas przyszłość. Dość niepewna przyszłość, w moim skromnym wypadku. Wracając do tematu pogoni: jestem uciekinierem. Kolejny przypadek z milionów innych. I kolejny raz jest to jednak coś więcej niż zwykły uciekinier. Obdarzony mocami. Umiejętnościami. Zwał jak zwał, ale najzwyczajniej w świecie potrafię wykonywać rzeczy, których inni nie potrafią. W końcu czy normalnym jest zmiana pogody czy przenoszenie się w miejsca, które się widzi? W filmach fantastycznych, science fiction czy podobnych - owszem. W normalnym życiu - jak najbardziej nie. Dlatego też jestem tak cenny. Przynajmniej oni tak mówili. Teraz to już przeszłość. Życie zaczęło się na nowo. Co prawda nie pamiętam nic z mojej przeszłości - dzieciństwa czy okresu buntu, bycia nieposkromionym nastolatkiem, pragnącym ciągłej zabawy, braku zobowiązań i wolności. Z jednej strony pasuje mi to. Z drugiej - drażni jak cholera. Ale nie jestem w stanie nic na to poradzić. Nikt nie jest. Najwidoczniej tak już musi być.
Każdej nocy myślę o tym samym. Próbuję sobie cokolwiek przypomnieć. Sprzed 'wielkiej ucieczki' jak nazywali to niektórzy. Ale wszystko na marne. Obecnie jestem w całkiem nowej sytuacji. Akademia dla odmieńców takich jak ja stoi przede mną otworem, a ja, jak ostatni debil zastanawiam się, co robić. Właśnie w tym momencie podejmuję decyzję. Jutro, z samego rana stawię się w tym miejscu. Zobaczymy, jak to wszystko będzie wyglądać. Teraz jednak przywołuję burzę i sięgam po szkicownik leżący na szafce nocnej tuż obok parapetu na którym obecnie siedzę. Na początku czekam na odpowiedni moment. Kiedy ten nadchodzi, dochodzi do wyładowania poprzez zesłanie pioruna na ziemię. Ten sięga dobrze znanego mi drzewa na pustkowiach za miastem. Szybko uwieczniam to zdarzenie na papierze, nim jest świeże. Każda burza jest inna. Nie ważne jak bym się nie starał, każda będzie inna. O tyle dobrze, że mieszkam w mieście słynącym z częstych burz i dużych opadów przez cały rok. Nie muszę kryć się ze swoimi nietypowymi upodobaniami. Po skończonym zarysie poprawiam go, dokładniej dorysowując wszystkie elementy potrzebne dla tego krajobrazu. Po jakimś czasie kończę. Przeglądam kilka poprzednich szkiców. Takie same, ale inne. Na każdym widać burzę. Chmury. Drzewo. I w końcu piorun. Ale każde jest inne. Moje przemyślenia odkładam do rana i kieruję się w stronę uwielbionej konsoli. Załączam grę i oddaję się stworzonemu światowi aż do świtu, kiedy to idę przyszykować się do dnia.
***
Punktualnie o godzinie dziewiątej stawiam się w akademii. Wita mnie nauczycielka historii, oprowadzając po całym terenie. Nie narzuca się, nie gada zbyt wiele. Kiedy jest cicho w powietrzu nie czuć typowego napięcia. Na sam koniec odprowadza mnie do swojego pokoju. Robi to szybko, tłumacząc się zajęciami za kilka minut, po czym znika jak kamień rzucony w głęboką wodę. O dziwo wszystkie moje rzeczy są już na miejscu. No tak, akademia odmieńców, sklerotyku. Postanawiam samemu przejść się jeszcze po okolicy, po drodze studiując wszystkie plany i grafiki, które otrzymałem. Drugi raz tego samego dnia widzę dziewczynę o jasnych włosach i szczupłej sylwetce. Teraz jednak, ona nie widzi mnie. Stoi zbyt daleko. Jednak za pierwszym razem, w akademii wlepiała we mnie wzrok przez cały czas, póki nie zmyłem się z jej pola widzenia. Dziwny człowiek. Zgaduję, że wszyscy tutaj mają to coś, co nas odróżnia. Wieczorem, kiedy robi się już ciemno, słońce ustępuje księżycowi a chmury zasnuwają niebo wyruszam w stronę akademii. Postanawiam odnaleźć sale, w których mam stawić się w najbliższy poniedziałek, to jest za dwa dni. Idzie mi dość szybko. Przekonamy się, jak będzie jutro, z czterema ścianami wypchanymi po brzegi ludźmi. Krępująca sytuacja. Szczególnie dla mnie. Moim zamiarem jest teraz powrót do pokoju, używając przy tym nóg, a nie mocy. Nie wychodzi. Nie zawsze wszystko wychodzi. Dzisiaj nic mi nie wychodzi. Przenoszę się co kilkanaście kroków do przodu, aż w końcu wpadam pod czyjeś nogi. Ów osoba upada, a ja mam największą chęć zapaść się pod ziemię. Nie robię tego. Nie mam takiej mocy. Wielki smutek. Po chwili osoba podnosi się i spogląda w moją twarz. Trzeci raz ją widzę. Czy to jakiś żart? Wywracam teatralnie oczami, na co dziewczyna mniej-więcej w moim wieku unosi brwi w geście zapytania.
Ivy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz