czwartek, 5 stycznia 2017

Od Laurencego c.d Ansela

Słowa chłopaka zabolały mnie bardziej niż się tego spodziewałem. Podniosłem z siemi torbę, która jakby pod wpływem szoku zsunęła się z mojego ramienia. Czarny przedmiot wydawał się cięższy niż zwykle. Mimo płynącego czasu stałem jak wryty na środku korytarza i jedynym na co było mnie stać było przysłuchiwanie się dawno rozpoczętym lekcjom. Mimo wszystko zebrałem w sobie dośc siły by powłóczyć nogami do odpowiednie klasy.
Co prawda, spóźniłem się zaledwie piętnaście minut, tyle jednak wystarczyło bym przez kolejnych dziesięć wysłuchwiał wykładu z serii "jaki nieodpowiedzialny z Ciebie uczeń". Każda głowa zwrócona była w moją strone gdy wbijałem w deski ciężkie buty. Jakby ważyły setki kilogramów zdawały mi się wtapiać w drewno przez co każdy kolejny krok był znacznie donośniejszy. Upadłem z ogromną ulgą na krzesło, regulując ciężar ciała. Godzina wychowawcza, idealny czas bym mógł w spokoju oddac się myślom.  Wiedziałem jak to będzie wyglądać, Noah go nie zostawi, zawsze tak było... Jednak to już nie był mój problem, nie mogłem całego śiwata chronić przed złym wpływem blondyna.
- Bentley! Cholera ocknij się! - podniesiony głos wyrwał mnie z zamyślenia na tyle gwałtownie, że poderwałem się z zajmowanego miejsca uderzając głową w otwarte okno. Drewno wbiło się w moją skórę powodując, że lepka maź oblepiła mi włosy, a rozmazany widok na klasę był ostatnim co zapamiętałem.
***
Ból i uczucie suchości rozsadzało mi gardło. Głowa pulsowała od samego czubka do karku przez co chciało mi sie wymiotować. Uniosłem do głowy swoją dłoń jednak zamiast z miękkimi włosami, moje palce zetknęły się z szorstkim materiałem bandaża.
- Nic Ci nie jest? Nieźle odleciałeś - dopiero teraz zdałem sobie sprawę,że przez cały czas miałem zamknięte oczy. Uchylenie powiek przypominało mi uczucie wbijania igły w spojówki, mogłem jednak dzięki temu zidentyfikować rozmówcę. Szczupła, wysportowana figura, długie blond włosy spływały falami po plecach dodając nieco dziecinności kobiecej figurze. Zielone oczy otoczone milionem długich rzęs. Pełne usta w malinowym kolorze i lekko zarumienione policzki. Blanca była jedną z tych dziewczyn, które uwagę chłopców przyciągały tym, że po prostu były. Miałem te szczęście, że to właśnie mnie uważała za przyjaciela i jako jedyna poznała się na Noahu. Także widziałem w niej swoją przyjaciółke, ale to było bez znaczenia, nie chciałem jej tego okazać.
- To Noah prawda? Ten mowy? - pytanie co prawda padło, ale nie wymagało odpowiedzi.
- Ansel nie wie w co się pakuje. Nie wiem czemu Noah ma taką obsesję, ale skrzywdzi go tylko dlatego,że widział nas razem
- Jesteś pierwszą i jedyną sprawą, rzeczą, którą Noah chciał i nigdy jej nie zdobył. Zresztą, co Cię to obchodzi to tylko naiwny idiota. Rodzice Noaha są wysoko postawieni dlatego nikt nic mu nie może zrobić. A szkoła? Nie mamy żadnych dowodów, nie wyrzucą go po to się Tobie podoba - szepnęła kładąc dłoń na moim ramieniu.
- Dzięki, za uświadomienie mi jak beznadziejne jest moje życie - odparłem sarkastycznie, odwracając głowę w stronę ściany.
- Chodzi mi o to - zaczęła siadając na brzegu łóżka w gabinecie pielęgniarki - Że jeśli Ansel sam nie zrozumie jaki jest Noah, a na Boga sama nie wiem jak mnie się to udało to Ty sam tego nie zatrzymasz. - połozyła tym razem swoją dłoń na mojej tak, że mogłem dokładnie przyjrzeć się jej kościstym palcom. Przyszło mi teraz na myśl, że zawsze lubiła się głodzić.
- Ty wiesz, że on jest w stanie zabić - zamknąłem oczy, próbując zebrać rozbiegane myśli.
- Wtedy go powstrzymamy.
- Nie. Nie ma my, ty nie będziesz się w to mieszała - warknąłem ostro. Przeze mnie i tak zbyt wiele wycierpiała, nie lubiłem jej za to, że przy mnie była, mimo, że tyle razy dawałem jej do zrozumienia, mimo, że dawałem jej wiele powodów do bólu. Chcąc przerwać tę beznadziejną rozmowę spróbowałem podnieść się z miejsca. W głowie zakręciło mi się na tyle mocno, że głośny szum zagłuszył wszelkie inne zmysły. Wypuściłem cicho powietrze z płuc i zerknąłem na dziewczynę, jej zatroskany wyraz twarzy nieco mnie zirytował.
- Daj mi już spokój - szepnąłem. Chciałem zostać sam. Chciałem by WSZYSCY dali mi święty spokój.
- Laurence... - zaczęła, ponownie chwytając mnie za ramię. Delikatnie odtrąciłem jej dłoń, nie odwracając się już za siebie. To było zbyt wiele, złość, która buzowała w moich żyłach bolała zbyt dosłownie. Jakby agresja rozrywała moje ciało. Wpadłem do pokoju łapiąc za pierwszą rzecz jaka znajdowała się na moim biurku. Mała lampka z głośnym hukiem zderzyła się razem ze ścianą.
- Od kiedy wyżywasz się na przedmiotach? Nie wolisz ludzi? Łatwiej ich stłuc niż tę lampkę - ten przepełniony obojętnością głos mógł należeć tylko do jednej osoby. Zacisnąłem usta w cienką linię zbierając w sobie siły by stanąć oko w oko ze swoim największym koszmarem. Uśmiech wypisany na twarzy blondyna jakby mnie spoliczkował.
- Czego Ty chcesz? Czemu znowu to robisz? Czemu nie możesz dać mi spokoju? - pytania wylewały się ze mnie wraz z wściekłością.
- Laurek, nikt w Twoim życiu nie zajmie mojego miejsca, rozumiesz? - chłopak zamkną drzwi wolną dłonią, drugą ciągle trzymając w kieszeni. - Nie każ mi być zazdrosny - trzy kroki jasnookiego w moją stronę wystarczyły by zlikwidować dzielącą nas odległość, a paraliżujący strach zachamował potok słów. Chłopak błyskawicznie objąłe mnie wokół szyi i przycisnął swoje wargi do moich, pchając w stronę łóżka. Zapach jego perfum, jego skóry, pasty do zębów wszystko zmieszało się w jedną obrzydliwą całość. Ułożyłem dłonie na klatce piersiowej chłopaka, za wszelką cenę go od siebie odpychając. Obrzydzenie jakie do niego czułem sprawiło, że chciało mi się płakać.
- Odpierdol się ode mnie! - krzyknąłem, kiedy wyższy poluźnił uścisk i dał mi możliwość złapania oddechu.
- Mieliśmy umowę Laurence. Złamałeś ją - chłopak delikatnie przesunął palcami wzdłuż linii mojej szczęki - Nie oczekuj ode mnie, że i ja będę uczciwy. - szepnął jeszcze nim opuścił mój pokój z trzaskiem. Mnie natomiast ogarnął spokój, nie czułem złości, nie chciałem go udusić, nie miałem tej szalonej ochoty by rozwalić swój pokój, a potem cały świat. Niesiony jedynie bólem głowy, położyłem się do łóżka, zamykając spuchnięte oczy.
Było ich w sumie siedmiu, dwóch w środku i pięciu po bokach. Szcześciu z nich ubranych na czarno, ostatni miał zwykłe dresy i adidasy, jakby byl tu przypadkiem, chociaż doskonale wiedziałem co tam robił. Każdy z nich trzymał coś w ręku, byłem jednak zbyt daleko by dostrzec całą sytuację. Słyszałem aż zbyt wyraźnie za to ich krzyki. Wyzwysika i słowa pełne nienawiści przedzierały powietrze, jednak żadne nie padło ze strony tego "innego". Aż zbyt dobrze czułem jego strach.
- Sądziłeś, że to było naprawdę, że mógłbym poczuć  cokolwiek do kogoś takiego jak Ty? Przez tyle lat skutecznie zwalczałem tych co stali mi na drodze do niego, jedna głupia suka weszła mi w drogę, ale Ty? Sądziłem, że będę miał więcej zabawy, próbując zdobyć Twoje zaufanie. - chłopaka głos brzmiał kpiąco, niemal boleśnie. Spacerem robił coraz to większe koła wokół chłopaka, przeżucając sobie z ręki do ręki ostre narzędzie. Chciałem coś zrobić, widziałem siebie jak biegnę, ale jestem daleko. Nie wiedziałem czy zdążę, jednak nie dane mi było się dowiedzieć bo obraz z wolna się rozmazywał....
Zerwałem się z łóżka łapiąc gwałtowne hausty powietrza. Cud, że nie utopiłem się we własnym pocie, ponieważ cały mokry wstałem z łóżka. Wolno docierał do mnie realizm sytuacji, był zwykły sobotni poranek, na dworze pruszył śnieg, wiał lekki wiatr, a akademia powoli budziła się do życia. To jednak wcale mnie nie uspokoiło. Wiedziałem, jak często miewam sny prorocze i oddałbym wiele by to nie był jeden z nich.
By Noah nie skrzywdził kolejnej osoby.

Ansel?
Wybacz ale nadal z telefonu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz