czwartek, 12 stycznia 2017

Odejście

Dzisiaj, żegnamy Yoshiko, która niestety postanowiła odejść z powodu braku czasu. Żegnaj!


sobota, 7 stycznia 2017

Od Beatriz do Ivy

Nie wiem co było mroźniejsze- styczeń czy spojrzenia ludzi. Nowe miejsce, nowe osoby czyli wszystko czego nie lubię. Przestąpiłam próg nowej szkoły i skierowałam się do gabinetu dyrektora. Jego sekretarka wydawała się naprawdę miłą osobą.
-Beatriz, jak się nie mylę? Usiądź, proszę-powiedziała i podała mi plik papierów- Dyrektor jest bardzo zajęty, w takim razie ja przejmę pałeczkę. Musisz dać te papiery swoim rodzicom, niech oni je wypełnią do końca tygodnia. A dziś już możesz iść na lekcje. Dobrze by było jakbyś kogoś poprosiła o oprowadzenie cię po szkole. Idź pod salę 30.
-Do widzenia, dziękuję.
Kiedy zamknęłam drzwi dobiegło mnie spóźnione pożegnanie. Ta szkoła wydawała się strasznie zimna. To co mnie najbardziej przerażało to to, że każdy się na mnie patrzył. Przeszywał na wylot. Zabijał wzrokiem. Pod salą stało paru uczniów, nikt nie zwracał na mnie uwagi.
-Cześć, jesteś nowa?-zapytał ktoś za mną.
-T..tak.
-W takim razie jestem Ivy. Może chciałabyś rozejrzeć się ze mną po szkole? Wydaje się ogromna. Ale tylko na początku- blondynka uśmiechnęła się.
-Z chęcią.
<Ivy?>

czwartek, 5 stycznia 2017

Beatriz Sémpere

 "Nie traktuj życia zbyt poważnie, i tak nie wyjdziesz z niego żywy"



Imię: Beatriz

*Pseudonim: Bea, Triz

Nazwisko: Sémpere

Wiek: 16

Płeć: kobieta

Orientacja: Bi

Głos: Sorry Boys

Moc: możliwość robienia innym krzywdy za pomocą umysłu, co kompletnie nie pasuje do osobowości Bei

Pokój: 11

Aparycja: Beatriz to niewielka, ruda dziewczyna z o dziwo niebieskimi oczyma. Nie posiada tatuażów, jedyny "ozdobnik" to kolczyki w uszach.

Charakter: Bea to cicha, nieśmiała dziewczyna. Nikt nie zwraca na nią uwagi, ale ona pragnie towarzystwa jak powietrza. Przy przyjaciołach otwiera się i wtedy okazuje się, że jest pełna humoru i szalona. Bea jest osobą niezwykle strachliwą i delikatną pod względem zdrowia. Pod wpływem zagrożenia, w obronie rodziny i nawet nieznajomych nie panuje nad sobą, może nawet potrafiłaby kogoś zabić.

Partner: X

Rodzina: Ojciec francuz o imieniu Julian, matka angielka o imieniu Kate

Inne: -mówi biegle po francusku i angielsku
-jej ojciec to poeta

Kontakt: karola889

Od Laurencego c.d Ansela

Słowa chłopaka zabolały mnie bardziej niż się tego spodziewałem. Podniosłem z siemi torbę, która jakby pod wpływem szoku zsunęła się z mojego ramienia. Czarny przedmiot wydawał się cięższy niż zwykle. Mimo płynącego czasu stałem jak wryty na środku korytarza i jedynym na co było mnie stać było przysłuchiwanie się dawno rozpoczętym lekcjom. Mimo wszystko zebrałem w sobie dośc siły by powłóczyć nogami do odpowiednie klasy.
Co prawda, spóźniłem się zaledwie piętnaście minut, tyle jednak wystarczyło bym przez kolejnych dziesięć wysłuchwiał wykładu z serii "jaki nieodpowiedzialny z Ciebie uczeń". Każda głowa zwrócona była w moją strone gdy wbijałem w deski ciężkie buty. Jakby ważyły setki kilogramów zdawały mi się wtapiać w drewno przez co każdy kolejny krok był znacznie donośniejszy. Upadłem z ogromną ulgą na krzesło, regulując ciężar ciała. Godzina wychowawcza, idealny czas bym mógł w spokoju oddac się myślom.  Wiedziałem jak to będzie wyglądać, Noah go nie zostawi, zawsze tak było... Jednak to już nie był mój problem, nie mogłem całego śiwata chronić przed złym wpływem blondyna.
- Bentley! Cholera ocknij się! - podniesiony głos wyrwał mnie z zamyślenia na tyle gwałtownie, że poderwałem się z zajmowanego miejsca uderzając głową w otwarte okno. Drewno wbiło się w moją skórę powodując, że lepka maź oblepiła mi włosy, a rozmazany widok na klasę był ostatnim co zapamiętałem.
***
Ból i uczucie suchości rozsadzało mi gardło. Głowa pulsowała od samego czubka do karku przez co chciało mi sie wymiotować. Uniosłem do głowy swoją dłoń jednak zamiast z miękkimi włosami, moje palce zetknęły się z szorstkim materiałem bandaża.
- Nic Ci nie jest? Nieźle odleciałeś - dopiero teraz zdałem sobie sprawę,że przez cały czas miałem zamknięte oczy. Uchylenie powiek przypominało mi uczucie wbijania igły w spojówki, mogłem jednak dzięki temu zidentyfikować rozmówcę. Szczupła, wysportowana figura, długie blond włosy spływały falami po plecach dodając nieco dziecinności kobiecej figurze. Zielone oczy otoczone milionem długich rzęs. Pełne usta w malinowym kolorze i lekko zarumienione policzki. Blanca była jedną z tych dziewczyn, które uwagę chłopców przyciągały tym, że po prostu były. Miałem te szczęście, że to właśnie mnie uważała za przyjaciela i jako jedyna poznała się na Noahu. Także widziałem w niej swoją przyjaciółke, ale to było bez znaczenia, nie chciałem jej tego okazać.
- To Noah prawda? Ten mowy? - pytanie co prawda padło, ale nie wymagało odpowiedzi.
- Ansel nie wie w co się pakuje. Nie wiem czemu Noah ma taką obsesję, ale skrzywdzi go tylko dlatego,że widział nas razem
- Jesteś pierwszą i jedyną sprawą, rzeczą, którą Noah chciał i nigdy jej nie zdobył. Zresztą, co Cię to obchodzi to tylko naiwny idiota. Rodzice Noaha są wysoko postawieni dlatego nikt nic mu nie może zrobić. A szkoła? Nie mamy żadnych dowodów, nie wyrzucą go po to się Tobie podoba - szepnęła kładąc dłoń na moim ramieniu.
- Dzięki, za uświadomienie mi jak beznadziejne jest moje życie - odparłem sarkastycznie, odwracając głowę w stronę ściany.
- Chodzi mi o to - zaczęła siadając na brzegu łóżka w gabinecie pielęgniarki - Że jeśli Ansel sam nie zrozumie jaki jest Noah, a na Boga sama nie wiem jak mnie się to udało to Ty sam tego nie zatrzymasz. - połozyła tym razem swoją dłoń na mojej tak, że mogłem dokładnie przyjrzeć się jej kościstym palcom. Przyszło mi teraz na myśl, że zawsze lubiła się głodzić.
- Ty wiesz, że on jest w stanie zabić - zamknąłem oczy, próbując zebrać rozbiegane myśli.
- Wtedy go powstrzymamy.
- Nie. Nie ma my, ty nie będziesz się w to mieszała - warknąłem ostro. Przeze mnie i tak zbyt wiele wycierpiała, nie lubiłem jej za to, że przy mnie była, mimo, że tyle razy dawałem jej do zrozumienia, mimo, że dawałem jej wiele powodów do bólu. Chcąc przerwać tę beznadziejną rozmowę spróbowałem podnieść się z miejsca. W głowie zakręciło mi się na tyle mocno, że głośny szum zagłuszył wszelkie inne zmysły. Wypuściłem cicho powietrze z płuc i zerknąłem na dziewczynę, jej zatroskany wyraz twarzy nieco mnie zirytował.
- Daj mi już spokój - szepnąłem. Chciałem zostać sam. Chciałem by WSZYSCY dali mi święty spokój.
- Laurence... - zaczęła, ponownie chwytając mnie za ramię. Delikatnie odtrąciłem jej dłoń, nie odwracając się już za siebie. To było zbyt wiele, złość, która buzowała w moich żyłach bolała zbyt dosłownie. Jakby agresja rozrywała moje ciało. Wpadłem do pokoju łapiąc za pierwszą rzecz jaka znajdowała się na moim biurku. Mała lampka z głośnym hukiem zderzyła się razem ze ścianą.
- Od kiedy wyżywasz się na przedmiotach? Nie wolisz ludzi? Łatwiej ich stłuc niż tę lampkę - ten przepełniony obojętnością głos mógł należeć tylko do jednej osoby. Zacisnąłem usta w cienką linię zbierając w sobie siły by stanąć oko w oko ze swoim największym koszmarem. Uśmiech wypisany na twarzy blondyna jakby mnie spoliczkował.
- Czego Ty chcesz? Czemu znowu to robisz? Czemu nie możesz dać mi spokoju? - pytania wylewały się ze mnie wraz z wściekłością.
- Laurek, nikt w Twoim życiu nie zajmie mojego miejsca, rozumiesz? - chłopak zamkną drzwi wolną dłonią, drugą ciągle trzymając w kieszeni. - Nie każ mi być zazdrosny - trzy kroki jasnookiego w moją stronę wystarczyły by zlikwidować dzielącą nas odległość, a paraliżujący strach zachamował potok słów. Chłopak błyskawicznie objąłe mnie wokół szyi i przycisnął swoje wargi do moich, pchając w stronę łóżka. Zapach jego perfum, jego skóry, pasty do zębów wszystko zmieszało się w jedną obrzydliwą całość. Ułożyłem dłonie na klatce piersiowej chłopaka, za wszelką cenę go od siebie odpychając. Obrzydzenie jakie do niego czułem sprawiło, że chciało mi się płakać.
- Odpierdol się ode mnie! - krzyknąłem, kiedy wyższy poluźnił uścisk i dał mi możliwość złapania oddechu.
- Mieliśmy umowę Laurence. Złamałeś ją - chłopak delikatnie przesunął palcami wzdłuż linii mojej szczęki - Nie oczekuj ode mnie, że i ja będę uczciwy. - szepnął jeszcze nim opuścił mój pokój z trzaskiem. Mnie natomiast ogarnął spokój, nie czułem złości, nie chciałem go udusić, nie miałem tej szalonej ochoty by rozwalić swój pokój, a potem cały świat. Niesiony jedynie bólem głowy, położyłem się do łóżka, zamykając spuchnięte oczy.
Było ich w sumie siedmiu, dwóch w środku i pięciu po bokach. Szcześciu z nich ubranych na czarno, ostatni miał zwykłe dresy i adidasy, jakby byl tu przypadkiem, chociaż doskonale wiedziałem co tam robił. Każdy z nich trzymał coś w ręku, byłem jednak zbyt daleko by dostrzec całą sytuację. Słyszałem aż zbyt wyraźnie za to ich krzyki. Wyzwysika i słowa pełne nienawiści przedzierały powietrze, jednak żadne nie padło ze strony tego "innego". Aż zbyt dobrze czułem jego strach.
- Sądziłeś, że to było naprawdę, że mógłbym poczuć  cokolwiek do kogoś takiego jak Ty? Przez tyle lat skutecznie zwalczałem tych co stali mi na drodze do niego, jedna głupia suka weszła mi w drogę, ale Ty? Sądziłem, że będę miał więcej zabawy, próbując zdobyć Twoje zaufanie. - chłopaka głos brzmiał kpiąco, niemal boleśnie. Spacerem robił coraz to większe koła wokół chłopaka, przeżucając sobie z ręki do ręki ostre narzędzie. Chciałem coś zrobić, widziałem siebie jak biegnę, ale jestem daleko. Nie wiedziałem czy zdążę, jednak nie dane mi było się dowiedzieć bo obraz z wolna się rozmazywał....
Zerwałem się z łóżka łapiąc gwałtowne hausty powietrza. Cud, że nie utopiłem się we własnym pocie, ponieważ cały mokry wstałem z łóżka. Wolno docierał do mnie realizm sytuacji, był zwykły sobotni poranek, na dworze pruszył śnieg, wiał lekki wiatr, a akademia powoli budziła się do życia. To jednak wcale mnie nie uspokoiło. Wiedziałem, jak często miewam sny prorocze i oddałbym wiele by to nie był jeden z nich.
By Noah nie skrzywdził kolejnej osoby.

Ansel?
Wybacz ale nadal z telefonu

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Od Ansela CD Laurencego

Ściana. Ciemna, zimna ściana lekko rozświetlona przez światło padające zza okna. Odwróciłem się do niej plecami chyba po raz setny tej nocy, licząc że w tej pozycji znajdę ukojenie. Niestety. Moje oczy zupełnie nie znużone całym dniem spędzonym na nauce wgapiały się w mroczne niebo. Rozciągające się za oknem sklepienie pokryte było niemal całkowicie szarymi chmurami pozostawiając jedynie mały otwór dla księżyca, który bezczelnie zaglądał mi do pokoju. Westchnąłem gdy już zdałem sobie sprawę z tego, że nie ma takiej opcji bym zasnął w ciągu najbliższych kilku godzin. Po omacku, nie odrywając wzroku od Srebrnego Globu sięgnąłem po telefon. Światło ekranu skierowane w moją twarz zmusiło mnie do chwilowego zmrużenia oczu ale nie całkowitego ich zamknięcia, gdyż w pokoju już wcześniej nie było aż tak ciemno jak by się mogło wydawać. 23:45. Zrzuciłem z sobie kołdrę i drżąc lekko z zimna udałem się do łazienki. Na szybko poprawiając włosy przed lustrem, drugą ręką złapałem rozwieszone na grzejniku ubrania. Przyłożyłem je do policzka napawając się ich ciepłem po czym pośpiesznie naciągnąłem na siebie luźne spodnie moro oraz czarną koszulkę.
Właściwie nie miałem pojęcia dlaczego się tak spieszę. I tak nie miałem żadnego konkretnego planu. Z nikim nie pogadam, bo wszyscy już śpią, a w każdym razie siedzą zamknięci w swoich pokojach.
Wciskając dłonie w kieszenie spodni ruszyłem schodami na dół. Do mojego nosa najpierw wdarł się dym papierosowy, a następnie pokonując kilka dalszych stopni zauważyłem siedząca na dole postać. Nie musiałem się długo zastanawiać, niemal od razu rozpoznałem w niej Laurencego. Być może dlatego, że był on jedyną osobą, z którą do tej pory zamieniłem choć słowo i miałem okazję by dłużej mu się przyjrzeć. -Wszystko gra? -spytałem pokonując ostatnie stopnie tak, że teraz znajdowałem się tuż przed nim.
- Czemu się do mnie przyjebałeś?
Jego, nie ma co ukrywać, dość chamska odpowiedź zbiła mnie z tropu. Nie sądziłem bym się mu kiedykolwiek narzucał. A tym bardziej "przyjebał". Pomysł z oprowadzką mnie po szkole nie był mój. A spotykając go na schodach chyba nie będę udawał, że go nie widzę. Choć jego zdaniem pewnie to powinienem był zrobić. A już na pewno ucieszyłby się gdybym wybrał sobie inną trasę i zostawił go samego z odurzającą wonią tytoniu, która nadal drażniła moje nozdrza. Z jakiegoś powodu nienawidziłem tego zapachu.
- To nie jest tak, że cię nie lubię ale jeśli szukasz towarzystwa to nie jestem odpowiednią osobą. Noah też nią nie jest. Mój wzrok powędrował za lądującym na ziemi papierosie. Tak. W tej chwili to ten pieprzony niedopałek skupiał całą moją uwagę na sobie. Nie kierujący się do szkoły Laurence. Nie trzask zamykanych za nim drzwi.
- "Jasne" -pomyślałem- "Z całą pewnością to nie jest tak, że mnie nie lubisz"
Usiadłem na schodach odrywając w końcu wzrok od niedopałka.
- Hej to ty -głos, który niespodziewanie dotarł do moich uszu zmusił mnie do gwałtownego odwrócenia głowy w bok.
Nie wiem dlaczego ale gdy dotarło do mnie, że to nie Laurence, poczułem lekkie rozczarowanie. Znienawidziłem się za to.
- Głośno o tobie w szkole -posłał w moją stronę uśmiech odpędzając tym samym myśli, które zaprzątały moja głowę jeszcze kilka sekund temu.
- Ta... To raczej denerwujące -odparłem zadowolony, że nareszcie znalazł się ktoś w tej szkole z kim można normalnie pogadać.
- Radziłbym ci się przyzwyczaić. Zakadłam, że szybko to nie minie.
Uśmiechnąłem się krzywo, nie chętnie przyznając, że ma rację.
- Noah -wyciągnął w moją stronę dłoń.
Imię zdawało mi się dziwne znajome choć przysiągłbym, że nie znałem nikogo kto by takie nosił. Przynajmniej do tej pory.
"Jeśli szukasz towarzystwa to nie jestem odpowiednią osobą. Noah też nią nie jest"
Słowa Laurencego wdarły się nieproszone do mojego umysłu. Uśmiechnąłem się zadowolony, że robię coś zupełnie innego niż chciałby tego chłopak. Czułem się trochę jak dziecko, które ma niezmierną radość z tego, że robi coś zakazanego. Tyle, że Bentley nie mógł mi niczego zakazać. A już na pewno nie będzie udzielał mi rad co do znajomych.
- Ansel -uścisnąłem rękę odwzajemniając po raz kolejny uśmiech.
Spojrzałem przy tym w jego lśniące w blaski księżyca tęczówki. Jaskrawa poświata dodawała urody jego niezwyke jasnym włosom i musiałem przyznać, że był on przystojny. A jeszcze bardziej zaskoczyło mnie to gdy Noah rozprostował nogi opierając je kilka stopni niżej. Jak zahipnotyzowany wpatrywałem się w jego buty. Glany. Niemal identyczne jak te, które właśnie miałem na sobie.
- Widzisz, mamy ze sobą więcej wspólnego niż ci się wydaje.

Obudziłem się czując nieprzyjemny żar słońca na policzku. Dochodziła 7:30. Mimo tego, że spałem tylko 5 godzin i tak czułem się świetnie. Zostawiłem rozbebraną kołdrę na łóżku i tradycyjnie, jak co dzień udałem się do łazienki. Wziąłem szybko prysznic, osuszyłem skórę i włosy ręcznikiem po czym ubrałem się i umyłem zęby. Nie miałem ochoty jeść. Z resztą i tak zaraz zaczynam lekcje.
Zgarnąłem z parapetu torbę i zacząłem nakładać buty. Od razu na ich widok przypomniał mi się Noah. Wczoraj przegadaliśmy jakiś kwadrans po czym stwierdziłem, że pójdę jeszcze pobiegać. Chłopak nie chciał mi towarzyszyć, więc na tym skończyło się nasze spotkanie.
Pod salą jak zwykle kłębiła się grupka uczniów by zacząć zajmować swoje miejsca. Ja również ruszyłem w stronę drzwi.
- Mówiłem ci, że Noah nie jest odpowiednią osobą do towarzystwa.
Laurence.
Poczułem zbierający się we mnie gniew ale nie z powodu samej jego obecności a faktu, że najpierw mnie odpycha a na następny dzień udziela porad. I jeszcze ten jego ton. Tak jakby wiedział o Noahu wszystko.
Cofnąłem się kilka kroków w tył by móc spojrzeć mu w twarz i niechętny by w ogóle zaczynać tę rozmowę, spytałem.
- Obserwowałeś mnie?
- Lepiej się do niego nie zbliżaj -odparł ignorując moje pytanie.
- Bo co? -kolejne jego uwagi wzbudzały we mnie jeszcze większe rozdrażnienie- Ci ty możesz o nim wiedzieć? Nie znasz go. Nie znasz to nikogo. Jesteś zwykłym wyrzutkiem.
Usta Laurencego ścisnęły się w wąską kreskę ale słowa, które zaraz potem chciał wypowiedzieć zostały zagłuszone przez dzwonek.

Laurence? Wybacz ale szkoła zabrała mi wenę