sobota, 29 października 2016

Od Ivy cd. Devona

Pan Zagadka dyktuje warunki. Sztywne. Cholernie sztywne. Ale zgadzam się na nie, bo nie mam wyboru. Ten człowiek jest zupełnie inny niż reszta. Przyciąga mnie jak magnes mimo, że prawie nic nie mówi i nie próbuje ukryć, że jak bardzo denerwuje go moja osoba. Daje mi numer ale prawie zabrania się ze sobą kontaktować. I uważa, że przebywam z nim dla szpanu. Gdy to powiedział nic sobie z tego nie zrobiłam. Ot, tylko tak napisał. Teraz, leżąc w miękkim łóżku, przykryta ciepłą kołdrą, usilnie próbująca zasnąć uświadamiam sobie, że jego napisane czarnym atramentem długopisu słowa bolą. Tylko on tak na mnie działa. Nie, żeby coś między nami było tylko… kiedy on mi jakoś dogryzie, dopowie ja po pewnym czasie biorę to do siebie i… zmieniam to w sobie. Nie wiem dlaczego słucham się tego człowieka. Mam wrażenie, że go nawet nie znam – co dzień ukazuje mi się jego inna część. Z tymi rozmyślaniami odpływam w twardy, dziewięciogodzinny sen.


Budzą mnie promienie słońca, które brutalnie wpadły do mojego pokoju bez zaproszenia i nakazując wrócić do rzeczywistości. Łaskoczą w policzek, grzeją w ręce. Siadam na łóżku i przecieram oczy, żeby szybciej przyzwyczaiły się do jasności panującej w moim mieszkaniu. Sprawdzam budzik, który pokazuje mi dokładnie 9:57. Leniwie wstaje z łóżka i kieruję kroki do małej kuchni w celu zrobienia sobie ohydnej, mocnej, czarnej kawy. Blee. Ale bez tego zasnęłabym idąc. I wtedy to do mnie dociera. Ciśnienie się podnosi, adrenalina szybciej zaczyna płynąć w krwiobiegu. Dziś jest środa! Spóźniłam się do szkoły jakieś… dwie godzinki. Tylko. Ubieram się, czeszę, maluję, myje i wykonuję całą resztę z serii rutynowe poranki i wychodzę do szkoły. Biegnę przez dziedziniec po twardym i suchym (już) betonie, kiedy zauważam, że kilku uczniów również zmierzających do szkoły przygląda mi się bacznie i parska cichym chichotem pod nosem. O co im chodzi? – myślę, po czym wzruszam ramionami i wchodzę do akademii. Trzecia lekcja już się zaczęła, więc biegnę szybko w kierunku sali językowej. Gdy staję w drzwiach wszystkie oczy zwracają się w moją stronę i lustrują mnie uważnie. Nawet nauczyciel i stojący obok niego –zapewne odpowiadający – Devon. Po klasie noszą się szmery, ktoś chichocze, ktoś jest oburzony. Patrzę tylko na jedną, konkretną osobę, która teraz odwraca wzrok, żebym nie zobaczyła, że ma ochotę się uśmiechnąć. Tak szczerze. Czyli jednak nie ma skurczy mięśni policzkowych i posiada tę umiejętność jak każdy inny człowiek. Potrafi się uśmiechnąć. Przepraszam za spóźnienie, tłumaczę się i idę do mojej ukochanej ostatniej ławki pod oknem. Ze zdziwieniem stwierdzam, że mój szanowny kolega dzisiejszego dnia zajął tą ławkę. Wyciągam książki, kiedy Devon zmierza już w moją stronę z oceną bardzo dobrą wpisaną na marginesie zeszytu. Siadając, nachyla się w moją stronę i szepcze:

-Fajne buty. Modne. – i puszcza do mnie oko. Spoglądam pod ławkę na moje stopy. To, co widzę jest wyjaśnieniem tych wszystkich chichotów, które towarzyszą mi tego dnia. Kapcie. Domowe kapcie z głową miśka na przodzie. Dziecinne. Żałosne. Ale jak sobie na to popatrzeć z drugiej strony – Pan Zagadka się uśmiechnął. Prawie. Piszę na kartce wiadomość do mojego kolegi z ławki.
Zaskoczony? Ostatni krzyk mody! :)
Tak, krzyk o pomoc

Ani trochę Ci się nie podobają?kiedy podaję mu kartkę z tym pytaniem, spoglądam na niego, wydymam dolną wargę i trzepoczę rzęsami, próbując zrobić słynną ‘słodką minkę’, która i tak najlepiej wychodzi małym brzdącom. Odpisuje mi:
Hm, oryginalne to trzeba przyznać. Ujdą.
I na tym kończy się nasza wymiana zdań, skupiamy się na lekcji.


***


Devon błyszczy. Wszyscy są nim zauroczeni: dziewczyny cały czas o nim mówią, dzielą się swoimi przemyśleniami i fantazjami. Mnie za to ścinają wzrokiem jakbym ukradła im co najmniej trzy palce. Chłopcy zaś, ustępują mu wszędzie miejsca i zgadują w jakim sporcie jest najlepszy. 

Bieganie. Ewidentnie. Ten człowiek z linii startu popatrzy się na metę i już wygrywa. 

Natomiast nauczyciele po jego wypowiedziach, które są celne i konkretne kiwają głową z aprobatą i zadowoleniem odsyłając do ławki z kolejnymi ocenami nie gorszymi niż bardzo dobry. Farciarz.

Wychodzę z akademii z zamysłem pójścia na krótki trening na basen. Dawno już nie ćwiczyłam, a kondycja spada. Wpadam jak błyskawica do mieszkania, pakuję rzeczy najpotrzebniejsze rzeczy i wysyłam wiadomość na numer Devona:

Masz jakieś konkretne plany na popołudnie? Wybieram się na basen i potrzebuje kogoś, kto mnie będzie motywował. Zainteresowany?
Czekając na odpowiedź postanowiłam szybko zjeść coś na obiad. Zrobiłam makaron z warzywami. Nadal mam fazę na bycie fit. Konsumuję makaron przy cichej melodii jakiejś sztuki operowej, która nieproszona wkrada się do mojego pokoju z mieszkania obok, kiedy czuję w kieszeni spodni wibrację, sygnalizujące nową wiadomość. Napycham sobie jedzenia do buzi, wycieram ręce, po czym chwytam za mojego smartphona i otwieram wiadomość przełykając ostatnie kęsy obiadu.


<Devon? Śmiało możesz się rozpisywać, wpadne tu wieczorkiem>

piątek, 28 października 2016

Od Devona do Ivy

Życie zaskakuje nas cały czas. Raz bardziej, kiedy indziej mniej. Tego właśnie w nim tak często nienawidzę. Choć dzisiaj miarka się już przebrała...
Spostrzegając jedynie dwie wolne ławki od razu wybrałem tą z tyłu. Z Ivy. Jakoś nie widziało mi się już na pierwszej lekcji z nową klasą otrzymać miana 'kujona'. Wolnym, nonszalanckim krokiem podszedłem do miejsca przyciągając za sobą kilka dziewczęcych spojrzeń. Ivy zostanie tu znienawidzona, już to wiem. Usiadam obok dziewczyny z lekka udając, iż jej nie znam. Chyba ją to drażni. Lubię ją drażnić. Będę ją drażnić częściej. Ponad dwadzieścia minut po rozpoczęciu lekcji otrzymałem wiadomość starannie wyrzeźbioną na jednej z kartek wyrwanych z jakiegoś zeszytu:
Spodobała się niespodzianka? ;)
Odpisałem szybko i niestarannie, gdyż czas naglił a lekcja nie trwa wiecznie. Poza tym, niech nie myśli, że się staram, czy coś.
Zdecydowanie nie
Dlaczego??? ;(
Bo tak.. Nie lubię o czymś nie wiedzieć, jeśli to mnie dotyczy
;/
- Panie Bostick, czy może nam pan zdradzić powód tak niskiego zainteresowania lekcją? -spokojny głos nauczyciela momentalnie przywraca mnie na lekcję. Patrzy wprost na mnie, jak i kilka innych, ciekawych oczu z ławek dookoła. Świetnie. Od dziś "klasowy łobuz". Nie podoba mi się. - Może to pani Bacardie tak pana interesuje? -chytry uśmiech przyozdabia jego twarz na chwilę. Kilka dziewczyn pali buraka, a dwójka chłopaków za nami naśladuje nauczyciela.
- Nie, panie profesorze. Interesuję się raczej -rozpoczynam swój wywód na temat lekcji, co zbija go z tropu. Na koniec jednak chwali mnie za prawidłowe rozwiązanie zadania (przy którym stoimy od kilku minut i nikt nic nie potrafi wymyślić) i powtarza, aby okazywać więcej zainteresowania. Teraz "klasowa gwiazda". Szturchnięcie w lewy łokieć psuje moją notatkę długą kreską na pół zeszytu. Szczerząca się do mnie Ivy nawet tego nie zauważa. Kolejny raz przewracam oczami i wracam do notowania.
- Popisałeś się -cichy szept z lewej kolejny raz dekoncentruje mój umysł, przez co kompletnie źle zapisuję całe zadanie. Po jego poprawieniu kolejny raz wznawiam pocztę karteczkową
Musimy ustalić sobie kilka zasad
My? Rumieniec wlewający się na twarz dziewczyny oznacza, iż musiała źle odebrać to zdanie. W stu procentach źle.
Tak, my. Ja i ty. Rozumiesz?
Jak najbardziej, zamieniam się w słuch
Raczej wyostrzasz wzrok
Eh, nie ważne. No to czego ode mnie oczekujesz?
Dzwonek oznajmiający przerwę rozbrzmiewa na korytarzu, przez co w ułamku sekundy wszyscy zrywają się z krzeseł. Rzucam szybkie "dokończymy to później" pakując rzeczy oraz następnie teleportując się jako pierwszy do wyjścia. Spostrzegłem, iż właśnie w ten sposób 'umówiłem się' na siedzenie razem w jednaj ławce na następnej lekcji. Szlag. Muszę się bardziej pilnować. Plecak zarzucony na ramię ciąży mi, na dodatek mam w nim zapakowanie złe książki. Dzień zapowiada się świetnie. Czekam aż nauczyciel wyjdzie z klasy, aby odebrać od niego nowe papierki, do których będę musiał się dostosować i przyzwyczaić. Czekam i czekam. W końcu, po długich pięciu minutach (połowie przerwy) wychodzi w towarzystwie rozpromienionej Ivy. Dostaję od niej szybkie spojrzenie, po czym wymija mnie jak gdyby nigdy nic.
***
Kolejna lekcja, to jest geografia nie zapowiadała się na jakkolwiek oszałamiające wrażenia. Zająłem ostatnią ławkę pod oknem przy małym użyciu mej umiejętności (chyba podpadłem chłopakom, ale co tam) i oczekiwałem na Ivy. Nim ta zjawiła się - spóźniona cztery minuty - nasza korespondencyjna kartka już czekała. Nauczyciel zdążył zauważyć, iż przybyło jednego ucznia do klasowej frekwencji i przedstawić mi się.
Kilka zasad, do których powinnaś się stosować, jeśli tak bardzo chcesz zaszpanować innym laskom z klasy:
1. Zero rzucania się na mnie (bez wyjątków).
2. Zero zajmowania mnie na lekcjach tak, abym to ja dostawał opieprz.
3. Jeśli chcesz ze mną siedzieć liczą się jedynie dwie ostatnie ławki od okna lub przy ścianie (z czego ty siedzisz tam, gdzie ja ci powiem).
4. Mówisz mi o wszystkim co mnie dotyczy, dosłownie.
5. Jeśli czegoś ode mnie chcesz po szkole piszesz na ten numer - xxx xxx xxx - i nigdy więcej nie zbliżasz się do mojego pokoju. Chyba że ci pozwolę.
6. Nigdy do mnie nie dzwonisz, nigdy.
Zaskoczony wyraz twarzy nastolatki spotkał mnie od razu, kiedy tylko odczytała wiadomość. Ja tak się natrudziłem, napracowałem i nakombinowałem nad tymi zasadami, a ona odpisała mi jedynie:
Nie chcę innym szpanować. Inni mnie nie obchodzą ;) Zasady ok
I zapisała numer. Od razu. Czy to coś oznacza?
***
Zaraz po dzwonku na siódmą lekcję opuściliśmy akademię, po czym udaliśmy się do swoich pokoi. Smsy z początku jakby nieśmiałe, przychodziły będąc całkiem pozbawione sensu. Z czasem było ich coraz więcej i więcej, aż nie zdążałem ich odczytywać.
7. Nie robimy spamu o wszystkim dookoła, szczególnie w nocy.
Wybacz
Wybaczam
I od tego momentu smsy znały swoje miejsce we wszechświecie. Było to na tyle przydatne, iż nie było potrzeby wyłączania telefonu kiedy chciało się spokoju. Po prostu nie było ich tak dużo.
Wieczorem, leżąc w łóżku ze wzrokiem wbitym w czarne, pełne gwiazd niebo dużo myślałem. I wyjątkowo nie myślałem o przeszłości. Nie próbowałem sobie przypomnieć o tym, co było. Myślałem o dzisiejszym dniu (który również jest już przeszłością, ale znacznie bliższą i ją pamiętam). O akademii. O Ivy. Szczególnie o niej. To znaczy, dlaczego, po co i na co. Analizowałem wszystkie możliwe odpowiedzi. Zajęło mi to pół nocy. I nic nie wymyśliłem.

Ivy? Nie miałem pojęcia jak zakończyć tego posta, dlatego wyszło takie g.wno ._.

czwartek, 27 października 2016

Od Ivy cd. Devona

Kanapka z szynką czy tost z serem i ketchupem? A może omlet? Albo pancakes’y? 
Takie problemy powinny mi towarzyszyć do końca życia. O tak. Byłyby zdecydowanie prostsze niż to, z czym mam się zmierzyć. Otóż mam trzymać buzię na kłódkę. Najtrudniejsza sprawa z jaką się kiedykolwiek zmagałam. Ja, Lilianne Ivy Bacardie, największa gaduła na świecie, człowiek o nigdy nie zamykających się ustach mam skulić ogon i nic nie mówić. Dlaczego? Bo tak sobie ktoś zażyczył. To… to bardzo nie fair.


Wychodzę z pokoju z uśmiechem, bo wiem, że ten dzień będzie przepełniony niespodziankami. Wracam się jeszcze do kuchni po sałatkę, którą zrobiłam sobie rano. Chyba za bardzo wzięłam sobie do serca sugestię Devona o tym, że jestem gruba. Wiem, że to była ironia ale nie daje mi to spokoju – skądś ten pomysł się musiał wziąć. Zaopatrzona w jedzenie -tak bardzo- fit tym razem skutecznie wychodzę z pokoju, zamykam je i ruszam korytarzem w kierunku wyjścia z akademika. Znajdując się już na świeżym powietrzu zauważam piękny lecz niebezpieczny fakt, którego nie przewidziałam. Deszcz. Chłodne, jesienne krople spadają z dziurawych chmur, łącząc się już na ziemi w duże kałuże, który każdy omija wielkimi krokami jakby stąpał po wąskim polu minowym. Widzę kolegów z klasy biegnących w stronę szkoły z naciągniętymi kapturami kurtek aż po same czoła i przedstawicielki płci pięknej, kroczące z różnokolorowymi parasolami lub jakimiś innymi prymitywnymi osłonami, które mają zapobiec skręceniu się świeżo wyprostowanych włosów. To takie banalne. 
Wychodzę spod zadaszenia budynku pokojowego i pozwalam aby zimne krople zatrzymały się na mojej twarzy. Zamykam oczy i i unoszę twarz w stronę chmur. W tym momencie nie myślę o ponurej rzeczywistości, o tym, że zaraz znajdę się w burej szkole, będę siedzieć kilka godzin na twardych krzesłach i notować regułki, które do niczego mi się nie przydadzą. Nie myślę o chorym ojcu, mojej psychopatycznie walniętej siostrze bliźniaczce i zdecydowanie wyhamowanym koledze Devonie. Właśnie! Niespodzianka! Czas wrócić do świata żywych. Ruszam pewnym krokiem, kołysząc się w rytm kropel deszczu uderzających o rynny budynków, kiedy coś ciemnego miga mi przed oczami. I ja doskonale wiem co –a raczej kto- to jest.
-Devon! –krzyczę do mojego przyjaciela, który natychmiast się obraca. Początkowo jego wyraz twarzy jest zwyczajny, obojętny. Jednak, gdy orientuje się, kto go wołał, zmienia się on w mieszankę radości, dumy i poirytowania. Nigdy nie rozgryzę tego chłopaka. Podbiegam do niego i rzucam mu się na szyję w geście przywitania. Kiedy się od niego odklejam widać, że nie jest zbyt zadowolony z mojego nagłego ruchu. No cóż. Ja chciałam tylko rozładować ekscytację, która pojawiła się w moich żyłach i zaczęła krążyć po krwiobiegu doprowadzając każdą cząsteczkę mojego ciała do drgań. Bo to właśnie jego osoba jest powiązana z niespodzianką.
-Yhm, tak cześć Ivy. – mówi z tą cholerną powagą w głosie. Serio: czy on się nigdy nie bawi lub uśmiecha? Postanowiłam to zignorować, bo dziś jest zbyt wyjątkowy dzień na takie dołujące rozmyślania.
-Użyczysz mi tego jakże wspaniałego parasola i potowarzyszysz w drodze do szkoły? –mówię z przesadnie udawaną powagą i elegancją, po czym spoglądam na parasol Devona, który pomieścił by chyba z sześć osób. Chłopak nie odpowiada. Po prostu podchodzi do mnie i z widocznym przez ułamek sekundy uśmiechem prowadzi do drzwi szkoły. 
Na korytarzu odprowadza mnie wzrokiem stojąc jak słup soli dopóki nie znalazłam się pod szafką. Wtedy znika, zapewne teleportując się pod swoją. 
Wkładając książki do mojej bawełnianej torby słyszę za sobą znajomy głos:
-Uu… Po coś się tak odpierdzieliła, księżniczko? – gdy się odwracam, widzę Sarę stojącą teraz z jedną nogą zgięto w kolanie, ze złożonymi rękami na wysokości klatki piersiowej i trzepoczącymi rzęsami. Wybucham śmiechem i spoglądam na moje ubranie. Jeansowe rurki z dziurami na kolanie, biała bluzka z nadrukiem i beżowa kurtka. Myślę, że nie wyróżniałam się zbytnio od reszty uczniów. Ale mimo wszystko zaczęłam ciągnąć temat.
-A co? Zazdrościsz?
-Ja? Nigdy. –stwierdza Sara podkreślając ostatnie słowo. Następnie zamykam szafkę, łapię Sarę za rękę i ruszam w kierunku sali na pierwszą lekcję, którą okazała się filozofia. Szczerze przyznam, że to mój ulubiony przedmiot. Może dlatego, że łatwo mi wchodzi, może dlatego, że pan Dan-zu Feng jest najwspanialszym nauczycielem na świecie. Zdarza się –szczególnie kiedy zarówno ja, jak i on mamy dobre dni- że siedząc w ławce i wpatrując się w niego jak w lustro, zastanawiam się, czy opłaciłoby mi się zamrożenie go moją mocą, wsadzenie do zamrażarki i wpatrywanie się w niego przez resztę życia. Niestety teraz, dzwonek brutalnie przerywa te chore przemyślenia i nakazuje wchodzić do klas. Siadam w ostatniej ławce pod oknem, żeby móc choć przez krótkie chwile popatrzeć na tańczące na oknie krople deszczu. Kiedy wchodzi pan Feng, uświadamiam sobie, że nie ma jeszcze niespodzianki. Gdzie on jest? Myślę. I wtedy drzwi sali otwierają się, a w nich ukazuje się Pan Zagadka.
-O! Właśnie. Słuchajcie, do waszej klasy od dziś będzie chodził nowy kolega -Devon –mówi, po czym spogląda na chłopaka dając znak, żeby się przywitał.
-Ughm. –odchrząkuje. –Cześć.
Po jego słowach następuje niezręczna cisza, jakby każda ze stron oczekiwała na wypowiedź drugiej. Ja jednak byłam świadoma, że Devon już zakończył swoją wypowiedź. W końcu odzywa się nauczyciel z wyraźnym zrezygnowaniem w głosie:
-Dobrze usiądź już i zaczynamy lekcję.
To był moment, kiedy Devon zaczął przyglądać się całej sali wypatrując wolnego miejsca. Kiedy –nareszcie- zauważył mnie uśmiechającą się do niego tak, że chyba było widać wszystkie moje zęby. Dodatkowo, mięśnie policzkowe piekły od wysiłku. Bezgłośnie wyszeptałam, żeby mógł wyczytać z ruchu moich warg: ‘Niespodzianka’. Jego mina była bezcenna! Wyglądał jakby był zadowolony ale jednocześnie miał ochotę wybiec z sali i schować się w gdzieś daleko.  W końcu, chłopak przewrócił teatralnie oczami, po czym kontynuował lustrowanie ławek. Wolne miejsce było tylko koło mnie i w trzeciej ławce w środkowym rzędzie.

<Devon?>

Od Kayline cd. Daniela

- Ale wiesz...- spojrzałam na niego, głowę przysuwając do ściany, która była obok i podparłam się na łokciach.
- Idź. Teraz.- przechylił lekko głowę. Wiedziałam, że nie jest zły, tylko..zdenerwowany. Jakby chciał się od czegoś odciągnąć, gdyż cały czas stał do mnie tyłem.  Zrobiło się dziwnie zimo, więc potarłam ręce o siebie, chcąc się ogrzać.
- Nie masz tu- chciałam coś powiedzieć, jednak ten w niewiarygodnie szybkim tempie znalazł się nade mną. Poczułam jego zaciskające się ręce na moich ramionach, a po chwili jakbym lewitowała. Podniósł mnie i zaczął iść w stronę drzwi. Zrezygnowałam z wiercenia się, bo on i tak by nic sobie z tego nie zrobił. Cały czas obserwowałam jego twarz. Był spięty, za to ona pozostała bez jakiegokolwiek wyrazu.. tylko jego oczy nieco się zmieniły.
Otworzył szeroko drzwi, stawiając mnie na ziemi, a jednocześnie nieco się pochylając. Chwilę stał w tej pozycji, nie pozwalając mi iść. Zmarszczyłam czoło, próbując się oddalić, aż mi się udało. Coś było z nim nie tak. Zachowywał się po prostu dziwnie.
- Wszystko ok?- Spytałam, leniwie otwierając swój pokój. Ten spojrzał na mnie spod byka i wrócił do siebie. Chwilę jeszcze stojąc, nic nie widziałam, ani nie słyszałam. Weszłam więc i zamiast w łóżku, wylądowałam pod drzwiami. Zsunęłam się i schowałam głowę w kolanach, a zmęczenie zdecydowanie wygrywało...Zasnęłam w tej pozycji, czego rano bardzo żałowałam.

XxX

Chcąc podnieść głowę, poczułam mocny ból od karku do ramion. Syknęłam, starając się to zignorować i wstać, jednak było to trudniejsze niż myślałam.
- Co za bajzel..- Mruknęłam, z trudem rozglądając się po pokoju. Co ja tu robiłam? Wpatrując się w pokój, miałam nadzieję, że jakaś magiczna moc to ogarnie, a ja będę miała cały dzień dla siebie. No tak! Dziś jest dzień niczego. Pójdę nad jezioro i zostanę tam aż do wieczora. Może chłopaki zrobią z mną grilla? Nie...ich takie rzeczy nie pociągają, poza tym, pewnie mają dużo roboty. No więc, czeka mnie samotna wędrówka.
~Jak można doprowadzić pokój do takiego stanu?!- Krzyknął zbulwersowany głos w mojej głowie.
~Yh, zamknij się!- Szepnęłam, nie mogąc mówić głośniej. Nie miałam na to ani ochoty, ani siły, więc po prostu wstałam i zaczęłam przechadzać po pomieszczeniu, jakbym dopiero się tu wprowadziła. Co ciekawe, zauważyłam kilka rzeczy, których wcześniej tu nie było. No, może były, ale najwidoczniej ich nie zauważyłam. Zatrzymałam się przy jednej z szafek i wzięłam z niej czarną lampę.
Skrzywiłam się, gdyż nie pamiętam, abym ją kupiła, czy przynosiła.
Podeszłam do jednego z kątków, gdzie zawiesiłam spore lustro i oglądnęłam się w nim. Rozmyty makijaż, który walał się po całej twarzy, roztrzepane włosy i wory pod oczami. Fajnie byłoby się ogarnąć.
Wzięłam szczotkę, leżącą w torbie sportowej. Ale nie łatwiej wziąć prysznic? W sumie nie,ale jest to przyjemniejsze.
Weszłam do łazienki i spojrzałam na kabinę. On, w porównaniu do pokoju, lśniła czystością. Zadowolona z tego, rozebrałam się i weszłam, odkręcając wodę. Miłe ciepło rozlewało się po moim ciele, powodując dużą przyjemność. Oparłam się jedną ręką o szybę i opuściłam głowę. Chciałabym zostać tu na zawsze...ale nic nie trwa wiecznie. Po jakiś 30 minutach, wyszłam i wytarłam się niebieskim, miękkim ręcznikiem. Ubrania, jak ubrania. czarne rurki, bluzka 3/4 z "krwawym" napisem "I'm not a psychopath". Oryginalnie...
Do tego zrobiłam sobie 2 dobierane warkocze i lekko podkreśliłam oczy, a usta przejechałam czerwoną, matową szminką. Znów spojrzałam w lustro. O wiele lepiej.
Pokój...Zaczeka. Jeszcze tylko muszę pomyśleć, gdzie jest najbliższe jezioro...W tym wypadku, zajrzałam do komputera. I znalazłam...Idealne jezioro imieniem- "Loosehigh". Nigdy nie poznałam takiej nazwy, więc na pewno nie znam i tego miejsca. Cóż. trzeba próbować nowych rzeczy! Mimo tego wszystkiego, dalej pamiętałam wczorajszy wieczór...noc...Albo dzisiejszy, bardzo wczesny ranek.

<Daniel?>

Od Daniela cd. Kayline

Dziewczyna zachowywała się... dziwnie, albo inaczej. Nie byłem pewny które określenie było poprawne, które do niej najbardziej pasowało. Chciała z kimś pobyć? Niezła wymówka, ale też nie kłamstwo. Jej aura nie wskazywała na to, żeby mówiła to w stu procentach, raczej pół na pół. Ale co ja będę dalej w to wnikał?
Posłałem jej groźne spojrzenie. Tylko ja mam prawo wbijania ludziom na chatę i ich denerwowania. Dlaczego? Bo to jest wkurzające, a mnie nie warto denerwować. Ale w sumie może to będzie jakaś odmiana? Odsunięcie się od tej cholernej rutyny, która towarzyszy nam przez całe życie?
- Okej, nie było tego pytania! - nie pozwoliła mi odpowiedzieć i szybko wyciągnęłam ręce przed siebie, aby się bronić. Czyżby myślała, że zaraz na nią wskoczę? Hm... Możliwe.
Spojrzałem na zegarek, wpół do piątej. Eh... Jeszcze miałem przed sobą tyle snu... Wróciłem wzrokiem do niej. Położyła ręce na łóżku i opierała się na łokciach, podnosząc głowę. Wzrok oczywiście kierowała na moje bokserki, znowu, chociaż widziałem, że próbowała odwrócić wzrok. Przez chwilę zastanawiałem się, co mogłem z nią zrobić. Nie miałem na nic sił tak jak wcześniej, jednak teraz stałem się senny. Przez tyle godzin nie zmrużyłem oka i nagle sen próbują mną zapanować? To śmieszne...
Podszedłem do łóżka, a na jej twarzy widziałem napięcie, które próbowała ukryć. Leżała na samym środku łóżka. Mojej mięciutkiej poduszki i przytulnej kołderki. Od razu zrobiłem się zazdrosny. Tak, zazdrosny o własne leżę. Tak więc co zrobiłem? Położyłem kolano na brzegu łóżka. Uważnie mnie obserwowała i wtedy zrzuciłem ją z niego z łatwością. Warzyła tyle co nic, a do tego się tego nie spodziewała. Po za tym mój ruch był taki szybki, że prawie go nie było. Gdy ona leżała na ziemi po drugiej stronie, położyłem się na materacu i założyłem ręce za głowę, zamykając oczy.
- Ej! - usłyszałem jej jęk, a ja się zaśmiałem.
- To moje łóżko - mruknąłem z delikatnym uśmiechem.
Chwilę jej zajęło wstanie z ziemi, jakby była ogłuszona. No w sumie nikt nie jest tak prędki, jak Arumianin czy Luksjan. To było takie piękne...
W końcu białowłosa powstała i czułem, jak próbowała mnie spychać. Chciała mnie zwalić z łóżka, to był ta zwany odwet, ale nie przemyślany i nieskuteczny. Byłem dwa, albo trzy razy od niej cięższy, a do tego większy. Ona jednak była uparta i dalej próbowała mnie wykończyć. Westchnąłem cicho, po czym w jednej sekundzie złapałem ją za nadgarstki i pociągnąłem do siebie. Najpierw wylądowała na mnie, a potem pode mną. Siedziałem na jej biodrach, a ręce trzymałem na poduszce, za nadgarstki. Nachyliłem swoją twarz nad nią, co wyglądało, jakbym chciał ją pocałować.
- Tak bardzo chciałaś na moje łóżko, więc teraz się nie wierć - i przestała to robić. Otworzyła oczy i spojrzała w moje. I nagle ta żądza wróciła... Chciałem wyssać z niej energię. Otworzyłem usta, aby to zrobić. Aby pozbawić ją życia. Przez chwilę jeszcze patrzyłem na nią z lekko otwartymi ustami, co przypominało chęć pocałowania. Oczywiście to nie było. Musiałem się powstrzymać. Szybko ją puściłem i zszedłem z niej, gdy moje usta znalazły się za blisko jej. Podrapałem się nerwowo po karku i wstałem na własne nogi, stojąc do niej tyłem. Znowu miałem ochotę się na kimś pożywić... Ale na kim?
- Wyjdź stąd - rozkazałem nie odwracając się, aby się na nią nie rzucić i jej nie zabić. Temperatura w pokoju nagle spadła, a ona poczuła dreszcze na ciele.

<Kayline?>