poniedziałek, 5 grudnia 2016

Od Aleksandra C.D Ismaela

Nie mogłem zasnąć. Albo wcale tego nie chciałem. Wolałem wsłuchiwać się w spowolnione, ledwo słyszalne bicie serca chłopaka. Spokojny, regularny oddech przerywał ciszę nocy kojąc skołatane nerwy. W pomieszczeniu zrobiło się strasznie duszno. Starałem się zebrać siły, by móc wyjść, przewietrzyć się. Trochę mi to zajęło. Ciało nie do końca chciało współpracować, lecz po upływie godziny udało mi się wyrwać z objęć Ismaela, nie budząc go i stanąć na nogi.
Niepewnym, chwiejnym krokiem dotarłem do wyjścia z akademii. Otworzywszy drzwi uderzył mnie mroźny wiatr, wywołując ciarki na całym ciele. Usiadłem na murku pozwalając by chłód odebrał całe ciepło mojego organizmu. Brakowało mi tego. Brakowało mi zimna zmuszającego do wewnętrznej walki przed zamarznięciem. Zimna, które nie męczyło jak upały i pozwalało w spokoju pomyśleć.
Zimna, które z każdym oddechem sprawiało jakby płuca porastały lodem.
Potrzebowałem oczyścić głowę i wszystko poukładać. Chciałem znaleźć sposób by przeprosić szatyna. Żeby mu to wszystko wynagrodzić.
Cały czas towarzyszy mi swego rodzaju strach. Nie przed tym czy mi wybaczy. Nie przed tym czy mnie kocha. Nie. Bałem się tego czy to ja jestem pewien swoich uczuć.
Czy to, że nie mogłem sobie wyobrazić życia, gdyby go zabrakło wystarcza? Czy może tylko próbuję zapełnić jakąś pustkę w sobie? 

Gdybanie przerwał mi sprawca całego zamieszania. Najwyraźniej sporo już tu siedziałem, skoro zdążył zauważyć, że mnie nie ma i do tego jeszcze mnie znaleźć. Bose stopy lekko już posiniały od lodowatego podłoża. Nos i policzki przybrały odcienie czerwieni, a usta zbladły.
- Bałem się powtórki. - mruknął otulony kołdrą i zajął miejsce obok chcąc podzielić się okryciem.
Odmówiłem kręcąc głową.
- Zamarzniesz. - stwierdził chwytając moje dłonie swoimi próbując przekazać trochę ciepła.
- Nie będę narzekać. - kąciki ust subtelnie powędrowały w górę, lecz uśmiech prędko zniknął z twarzy, a zastąpił go pełne powagi westchnienie. - Mogę cię o coś prosić?
- Pewnie. - jęknąwszy zdziwiony, poluźnił uścisk. i podkulił kolana pod brodę.
- Chciałbym, żebyś wrócił kiedyś ze mną do Norwegii. - burknąłem opierając policzek na pięści. - Nie na stałe. Po prostu... w odwiedziny.
- Zgadzam się. - szepnął, wtulając twarz w mój bark. - Możemy już wracać do środka?
- Chcę tu jeszcze posiedzieć. Sam. - spojrzałem kątem oka na nastolatka zbierającego się z ziemi wyczekując na jego reakcję.
- Pusto tam tak samemu. - mruknął stanąwszy na progu, wciąż próbując mnie przekonać.
- Przyjdę za chwilę. - posłałem ostatni raz nieśmiały uśmieszek szatynowi, kiedy zniknął we wnętrzu szkoły.

Nie potrafię sobie odpowiedzieć dlaczego chcę tam wrócić. Tęsknię za tym mroźnym krajem? Za dzieciakami z bidula? Za rodzinnym domem? Może i wszystkim na raz.
Jedyne czego nie chciałem do siebie dopuścić to brat.
Co teraz robi? Jak wygląda? Czym się zajmuje? Jak się trzyma? Na prawdę chcę go znaleźć? Czy to tylko sumienie nie chcę mi pozwolić na racjonalne myślenie?
Nie ważne. Nie mam teraz czasu zaprzątać sobie głowy kimś, kto dla mnie przestał istnieć lata temu.
Lekko zdenerwowany i przymarznięty wróciłem do pokoju Ismaela. Nie spał. Leżał na łóżku, bawiąc się pościelą i obserwując życie na zewnątrz przez okno. Nawet na mnie nie zerknął, gdy wszedłem. Wydawał się okropnie zamyślony, jak gdyby cały świat ucichł pozostawiając jego umysł sam na sam.
Kaszląc ułożyłem się obok, a opuszkami palców delikatnie przejechałem po całej długości jego rąk, nigdzie się nie śpiesząc.
- Olek... - mozolnie przewrócił się w moją stronę, kładąc jedną dłoń na policzku i zaczął pocierać nią o mój zarost.
- Jutro - mruknąłem złączając nasze usta, nie pozwalając chłopakowi dojść do głosu. Nie sprzeciwił się. Przeciwnie. Jeszcze bardziej pogłębił pocałunek, usilnie oplatając mnie całym sobą. Gdy przełożył jedną nogę na drugą stronę, objąłem go w talii przyciągając jeszcze bliżej.
- Dobranoc - gwałtownie zrzuciwszy Ismaela z siebie i uśmiechnąwszy się szeroko, złożyłem ostatniego buziaka na jego czole.
Jęknął oburzony w odpowiedzi, gdy zamknąłem oczy gotów do spania. Niestety sen nie trwał długo. Budzik chłopaka zadzwonił idealnie o szóstej. Nie chciałem opuszczać ciepłego posłania, ale wiedziałem, że ostatnimi czasy często zdarzało mi się opuszczać zajęcia. Obaj z okropnie podkrążonymi oczyma, nie kontaktując zbyt dobrze przez brak porządnej dawki snu, zebraliśmy się na lekcje.

Ismael?
Powrót :x Chyba

Od Kendall CD. Kayline

Przestraszona zaczęłam biec przed siebie, biegłam ile sił w nogach nie patrząc się za siebie, lecz z wyraźnego słowa ‘cholera’ wymówionego przez Kayline mogłam się domyślić że nieznajomy mężczyzna zaczął biec za nami. Ledwo oddychałam z trudem biorąc kolejne oddechy, ale nie przestawałam biec. Nie mogłam uwierzyć, że właśnie się włamałam do czyjejś posiadłości. Nigdy bym tego nie zrobiła, a jednak trzeba mnie tylko trochę przycisnąć do ściany abym się wreszcie przełamała. Nagle usłyszałam cichy pisk. Była to Kayline, która widocznie potknęła się i upadła solidnie na ziemię. Nie mając zamiaru zostawiać jej tam samej z tym mężczyzną zatrzymałam się i pomogłam jej wstać. Zarzuciłam jej prawą rękę na moje barki i w ten sposób pomogła jej wstać. Jednak było już za późno. Przed nami stał już ten mężczyzna. Mogłam zauważyć jak wyjmuję broń.
-Myślałyście, że uciekniecie co?- powiedział z szerokim uśmiechem na twarzy.
Wymierzył w nas pistoletem i nacisnął spust, ale byłam szybsza, zanim się obejrzał jego noga zaczęła krwawić. Następnie jęknął i bezwładnie padł na ziemię zwijając się z bólu. Stałam tam nie dowierzając w to, co właśnie zrobiłam. Mogłam go przecież zabić.. albo on nas. Z pośpiechem zostawiłyśmy go tam samego i zaczęłyśmy iść w stronę akademika. Przez całą drogę szłam miejąc Kayline ‘pod ramię’. Szczerze mówiąc było mi trochę ciężko, ale bardziej martwiłam się o tego gościa, którego zostawiłyśmy. Tylko jak już dotarłyśmy do akademika cicho weszłyśmy do środka budynku zamykając za sobą drzwi. Było już dość późno więc raczej nie chciałam nikogo obudzić, bo byśmy musiały od razu się tłumaczyć gdzie byłyśmy i co robiłyśmy. Wchodząc do mojego pokoju pomogłam blondynce usiąść na moim łóżku, a sama od razu skoczyłam po okład z lodu, nawilżone chusteczki i apteczkę. Wracając do pokoju zauważyłam, że dziewczyna ma całą rękę we krwi tak samo, jak nos.
-Nieudacznik z ciebie.- powiedziałam wzdychając na widok zakrwawionej Kayline.
Z jednej strony śmieszyło mnie to jak można mieć aż takiego pecha, a z drugiej serce mi aż bolało na ten widok. Podeszłam do Kayline i kucnęłam przed nią i odruchowo spytałam się czy nic jej nie jest.
-Wszystko okey?- zapytałam się dość słabym głosem, delikatnie wycierając nawilżoną chusteczką krew z okolic jej nosa.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Nadal wycierałam krew, robiłam to starannie i delikatnie wiedząc, że na pewno ją to boli. Następnie zabrałam się za oczyszczenie rany wodą utlenianą. Za pierwszym razem blondynka cicho syknęła z bólu, ale za każdym następnym razem już nie słychać było jej niezadowolenia. Skupiona na oczyszczeniu rany nie zauważyłam jak Kayline mi się przyglądała.
-Co?
-Po prostu nie rozumiem cię.- odpowiedziała wymachując rękami. – Czemu nie jesteś wściekła na mnie? Czemu mnie tam po prostu nie zostawiłaś? Nie wiem i nie rozumiem.
Nie odpowiedziałam kończąc oczyszczać ranę. Tak, mogłam ją tam zostawić z tym mężczyzną. Nie musiałabym wtedy używać swojej mocy prawie zabijając go... ale po prostu nie mogłam.

<Kayline? Przestępca ze mnie i z cb>

niedziela, 4 grudnia 2016

Od Kayline cd. Kendall

Proszącym wzrokiem zatrzymałam się na niej, chcąc ją zachęcić. Co może się stać? Z naszymi mocami, jesteśmy tak jakby silniejsze niż oni. Ale z drugiej, ciemniejszej strony, nie bardzo wolno nam używać naszych zdolności. Jest to zrozumiałe. No cóż, jakby co, coś się zawsze wymyśli.
Dziewczyna nie odpowiadała, cały czas próbując przerwać kontakt wzrokowy. Nie udawało jej się to. No zgódź się, zgódź się! Mawiałam w myślach, jakby to miało w czymś pomóc. Opuściłam bezwładnie ręce, lekko się odsuwając. Widać ulżyło jej, gdyż odetchnęła, kręcąc głową. Widząc jednak moje oczekiwanie na odpowiedź, kiwnęła niepewnie głową.
- Dobrze.- mruknęłam- zajmij się alarmem.- obmyślony miałam plan.  przynajmniej jego niewyraźny zarys.
- Jak?- Jęknęła niezadowolona.- Tego chyba nie umiem.
- Oj, umiesz- posłałam jej zabójcze spojrzenie. Kolejne westchnięcie, także zakończone kiwnięciem. Ponagliłam ją ruchem ręki, a ta stanęła blisko bramy. Skierowałam na nią źrenice, by po chwili dało się usłyszeć charakterystyczne "piknięcie" i zieloną poświatę. Upewniając się, że można wejść, nacisnęłam metalową, białą klamkę, przymykając oczy. Udało się.
- Panie przodem- uśmiechnęłam się lekko. Wyminęła mnie i stanęła tuż przy wodzie, uprzednio się rozglądając. Światła w budynku były zgaszone, a okna zasłonięte. Domowników albo nie było, albo poszli spać.
Widząc Kendall, klęczącą przy zbiorniku, do głowy wpadł mi szatański pomysł. Po cichu podeszłam do niej, by po chwili szepnąć do jej ucha ciche *Buu*. Ta, odskoczyła jak poparzona, wpadając do basenu. Wybuchłam śmiechem, widząc jak wynurza się cała czerwona. Opadłam na ziemię, zasłaniając twarz, która kolorem się nie różniła. Ale, ale. Pokazała pazurki, łapiąc mnie za nogę i z łatwością wciągając mnie do wody, mimo mojego oporu i próby złapania się czegokolwiek. Pisnęłam, po czym ochlapałam ją. Mimo zimnej temperatury, bawiłyśmy się nieźle. Nawet ona, jak na taką "szarą myszkę", była zadowolona z tego pomysłu.

Całe mokre, postanowiłyśmy zaprzestać zabawy. Wygramoliłam się na brzeg, siadając przy murze wokół całego ogrodu i domu. Dziewczyna powtórzyła moje ruchy.
-Nie było tak źle, nie?- Wysapałam.
- Było..okej- wymruczała. Spojrzałam w górę, przecierając ze zmęczenia oczy. Nagle, usłyszałam nerwowe *Kayline!*. Zwróciłam uwagę na brunetkę, chowającą się za mną. Zmrużyłam oczy, a ona wskazała coś wyżej. Zorientowałam się, ze świateł zostało zapalone. Zerwałam się, biegnąc do najbliższej kryjówki, jaką był śmietnik, akurat obok bramy. Serce przyspieszyło, a i adrenalina dała o sobie znać. Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, ale moja towarzyszka najwyraźniej nie podzielała mego entuzjazmu.
- C-co teraz?- Szepnęła, przysuwając się do mnie powoli. Pomachałam jej ręką, by przebiegła do mnie. Tak się stało, lecz i tak doznałyśmy małych zawałów. Otóż jakiś młody mężczyzna, z zarostem wyszedł nam na przeciw. Rozglądnął się podejrzliwie, kończąc na jakimś metalowym czymś. Poczułam paniczny oddech na swojej czyi.- Moja bransoletka- spojrzałam na nadgarstek Kendall. Rzeczywiście, miała na nim srebrną ozdobę, która teraz niestety spoczywała w rękach nieznajomego. W zamyśleniu zamknęłam oczy. To był mój pomysł, więc teraz go odzyskam.
Rozejrzałam się, napotykając w zasięgu wzroku niewielki kamień. Ostrożnie go chwyciłam, po czym bez ostrzeżenia rzuciłam na dosyć daleką odległość. Facet odwrócił się, nie wiedząc co robić. Jak to ciekawość, pobiegł sprawdzić. Ja w tym czasie, chylona pobiegłam w miejsce spoczynku bransoletki, biorąc ją w ręce. Ku mojemu zaskoczeniu, zza rogu wyszedł właściciel. Przeklęłam po nosem i podbiegłam do schodów, które łączyły ogród z domem. "Wtopiłam" się w nie, modląc się by mnie nie zauważył. Na szczęście nie był najbystrzejszą osobą, gdyż stał tuż przede mną. Gdybym chociaż odetchnęła, usłyszałby. Moja trzęsąca się ręka, jak na złość walnęła w szklane drzwi, powodując ciche stuknięcie. Zakryłam usta, które chciały wydusić coś z siebie. Cicho, to nie usłyszy.
Nagle odwrócił się, lecz na tyle wolno, że zdążyłam "kleić" się do jego tyłu. Gdy za mną była wolna droga zbawienia, pognałam w nią, ciągnąc za sobą Kendall. Nie obyło się bez krzyku mężczyzny, byśmy się zatrzymały.
- Biegnij!- Zaśmiałam się, puszczając ją.

<Kendall? Nie damy się! xd>

sobota, 3 grudnia 2016

Od Devona do Ivy

Samotny tłum, zmierzający donikąd mijał nas szerokim łukiem, jakby nasza skóra zmieniła się na zielony kolor, a zamiast uszu wyrosły długie, szpiczaste i zgniłozielone kolce. Obojętność mieszająca się z odrazą wstrzymała napad śmiechu równie mój jak i dziewczyny. Kamuflaż składający się z kamiennej twarzy i braku emocji kolejny raz dopasował nas do przechodniów, zaś atmosfera pomiędzy mną a Ivy wyraźnie zgęstniała. Opuszczając okalającą nas chmarę ludzi odetchnąłem z ulgą, otrzymując również zatroskane spojrzenie jasnowłosej. Moje powietrze rozumiało. Zaproponowałem powrót taryfą, na co dziewczyna przystała. Oczekując na pojazd przysiedliśmy na ochodzącej z farby ławce tuż pod latarnią. Płaty śniegu, pomiatane przez wzbierający wiatr lądowały na naszych odzieniach, głowach i zamarzniętych dłoniach, pozostawiając po sobie mokre plamy. Z moim wzrokiem dane było mi obejrzeć każdą, nawet najmniejszą kropelkę i podziwiać jej piękno. Rozmyślenia przerwała dziewczyna, opierając się o mój bok, a długimi palcami szukając mojej dłoni. Udało jej się to, z początku niepewnie położywszy je na mojej skórze, która zareagowała gęsią skórką, przez niewinne zaplatanie palców do solidnego uścisku. Zerknąwszy w dół na Ivy przyłapałem ją na gapieniu się. Zawstydzona uciekła wzrokiem do swoich butów, a soczyście różowy rumieniec rozszedł się po jej twarzy. Przybiłem piątkę ze swoją podświadomością, dochodząc do tego że to moja osoba tak na nią działa. Postanowiłem podroczyć się z dziewczyną i podjąć temat dla niej równie niekomfortowy co sytuacja sprzed chwili.
- Ivy, wiesz może jak to jest, kiedy czujesz coś do drugiej osoby i zdaje ci się, że ona czuje to samo? - pytające spojrzenie przeszyło mnie na wylot, a brew jasnowłosej powędrowała do góry. Zaśmiałem się wzrok skupiając na czarnej przestrzeni przed sobą. - No wiesz, niektórzy nazywają to miłością - szeroki uśmiech wpełzł na moją twarz, bez mojej wyraźnej zgody. Nie dało się już tego zatrzymać. Kątem oka dostrzegłem, jak moje powietrze zbiera się na odpowiedź, blokowaną jednak przez zawstydzenie. - No, dajesz, obiecuję, nikomu się nie wygadam - dodałem jej otuchy, obejmując jej ramię.
- Może.. - ledwo co wydukała słowo, a przed nami zatrzymał się pojazd. Biały neon ustawiony na jego dachu z wyraźnym, ciemnym napisem "taxi" utrwalił nas w przekonaniu, iż trzeba wstać.
- Dokończymy tą rozmowę później - mrugnąłem do dziewczyny i jako pierwszy wstałem, by podać jej dłoń którą ta chętnie pochwyciła. Zapakowaliśmy się do środka, prosząc o podwózkę do miejsca, gdzie droga główna stykała się z wyraźnie nową, asfaltową nawierzchnią prowadzącą do akademii. Kierowca przytaknął i zajął się pracą, w mojej zaś głowie zrodził się kolejny ciekawy plan. - Więc pójdziesz ze mną na kolację? Ten piątek? - zapytałem posyłając zdezorientowanej dziewczynie szelmowski uśmiech. Chwilę zajęło jej przemyślenie sprawy, zgodziła się jednak kiwnięciem głowy. - Możesz pochwalić się siostrze że idziesz na randkę - mój dzisiejszy humor poprawiał sam fakt, iż będzie dane spędzić mi więcej czasu z tą osobą. Delikatna w swojej niewinności, silna w konieczności. Osoba intrygująca pod względem osobowości, pociągająca również w sensie fizycznym, co akurat w moim przekonaniu nie grało tak dużej roli jak samo wnętrze człowieka. Reszta drogi upłynęła w przyjemnej ciszy, wypełnianej jedynie cichą muzyką wydobywającą się z radia taksówki. Obserwacja okien w tym przypadku kończyła się czarną plamą przed oczami, wybielającą się niekiedy by za chwilę ponownie zniknąć w mroku, podobnie co do uczuć znikających w duszy człowieka. Niekiedy na zawsze, często jedynie na jakiś okres czasu, by powrócić ze strojoną siłą i dać nam do myślenia.

Ivy? Plany szlachetne, wykonanie.. sama oceń.

czwartek, 1 grudnia 2016

Od Kayline cd. Daniela

Ultimatum, hm? Zastanowiłam się nad jego słowami. Ja też szczerze miałam dość tych wszystkich wydarzeń.
Uniosłam głowę w jego stronę, przypatrując się jego ciemnym oczom.
- Okej- wzruszyłam ramionami- pod jednym warunkiem.
Ten jedynie przewrócił oczami, wyczekując  na ten "warunek".
- Jaki.- Wsadził ręce w kieszenie i westchnął z irytacją.
- Po tym wszystkim..Musisz pomóc mi coś zdobyć. A raczej ukraść. No chyba, że wolisz to zrobić siłą..- powiedziałam z lekką nadzieją w głosie.
- Chyba cię coś poje*ało.- Warknął, widocznie niezadowolony z mojego pomysłu. Także wsadziłam ręce do kieszeni, przybierając obojętną minę.
- To nie.- Odwróciłam się w innym kierunku i postawiłam jeden krok. Niem usiała długo czekać, gdyż poczułam uścisk na ramieniu.
- NIKT nie będzie mi mówił co mam robić- odwróciwszy mnie w swoją stronę, wbił swoje rogówki w moje. Założyłam na siebie ręce, chcąc dać do zrozumienia, że nie odstąpię od mego celu. To go denerwowało coraz bardziej, a mnie bawiło. Bulwers się znalazł... Jednak nawet to nie działało. Musiałam znaleźć   inny sposób, by go przekonać. Tylko jaki? Nic, oprócz zwykłej szczerości nie przychodziło mi do głowy.
- No weź, to dla mnie ważne.- Odsunęłam się lekko, chowając ręce do tyłu- tylko ta jedna przysługa. Obiecuję, że po tej całej akcji z Lukiem i tym...moim celem zrobisz co chcesz. Możesz nawet zerwać ze mną kontakt, różnicy mi to nie zrobi.-  tą informacją go widocznie zainteresowałam.- Więc?
- Więc..-zaczął, zastanawiając się nad czymś. Szybciej, szybciej, szybciej, zgodzisz się, wierzę w to..- Pomyślę- uśmiechnął się wrednie, na co, zacisnęłam zęby i znów pokonałam odległość między nami.
- Więc chodź.

~*~

- Dowiedziałeś się coś o tej babci?- Dopytałam, gdy byliśmy już blisko domu.
- Luk to jej bratanek- krótko odpowiedział, przyspieszając. Z małym trudem zrobiłam to samo. Denerwowało mnie jego ciągłe fochanie się o wszystko. Zachowywał się jak baba w ciąży, a nawet gorzej...
- A.Dzięki za odpowiedź.- Uniosłam kciuk w górę z ironicznym uśmiechem.
- O co ci chodzi?!- Zatrzymał się, a ja przez to na niego wpadłam, lekko "odbijając' się do tyłu z wykrzywioną miną.
- O to, że zachowujesz się jak dzieciak. ty zawsze denerwujesz się o wszystko?!
- Z tobą, tak! To nie moja wina, tylko twoja. Było zostać w domu, a nie szlajać się po lesie.
- Nie rozkazuj mi. dobrze sobie radzę...
- Yhy, właśnie pokazałaś to przed chwilą.- Kontynuował podróż, kątem oka spoglądając na mnie. Bezwładnie położyłam po sobie ręce, po czym ze spuszczoną głową szłam za nim.
- Zawołałam cię, bo akurat się zjawiłeś.- szepnęłam cicho. Usłyszał to, jednak się nie odwrócił.- To nie był żaden z tamtych, więc zamiast ego mogłeś dać mu mnie zabić.A że tego nie zrobiłeś to nie moja wina!- Krzyknęłam ostatnie zdanie. Udaje cierpliwego? 
Po chwili, niezręczną ciszę rozproszył dzwonek telefonu. Chłopak wyciągnął urządzenie, patrząc na osobę domagającą się rozmowy.
- To Luk.- westchnął, odbierając. Starałam się podejść na tyle blisko, by wychwycić jakieś informacje.Jednak i to nie pomogło. Słyszałam tylko odpowiedzi ze strony Daniela- yhy. Tak, tak. Okej. No dobra. Dzięki, pa, odezwę się jeszcze.
- I co?- Wyminęłam go, spoglądając w horyzont. Ktoś albo zrobił ognisko, albo pali w piecu. A może oba naraz? Ale nie interesowało mnie to zbytnio. Nie wiedziałam na czym zawiesić wzrok, więc uznałam, że może to być cokolwiek.
- Załatwił sprawę- odparł, a w jego głosie słyszałam nutkę radości. Także się uśmiechnęłam, głęboko wciągając powietrze do płuc. Zimne powietrze kuło mnie w nie, co już nie było takie przyjemne.
- Więc? Pomożesz mi? Muszę odzyskać tą rzecz.

<Daniel?>