poniedziałek, 21 listopada 2016

Od Aleksandra C.D Ismaela

Ułożyłem delikatnie dłoń na twarzy chłopaka, kciukiem głaszcząc policzek. Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Byłem pewien co do szczerości jego słów. Poczucie, że znów komuś na mnie zależy dodawało wiele spokoju mojej duszy, ale nie chciałem znów przysięgać.
Nie chciałem kłamać i po raz nie dotrzymać słowa.
- Olek, odpowiedz mi - błagalny szept wybił mnie z zamyślenia.
Pochwycił moją rękę, którą cały czas przejeżdżałem po jego gładkiej skórze i zaczął bawić się moimi palcami w oczekiwaniu na odpowiedź.
- Ismael... - mruknąłem starając się pozbierać myśli w słowa. - Chciałbym, żeby tak było, ale... Nie wiem, nie jestem pewny - odetchnąłem głęboko wzrokiem błądząc po ścianach pokoju. - Nie mogę ci tego obiecać
- A ja nie mogę ci zaufać - cichy głos szatyna załamał się, a on natychmiast puścił moją dłoń.
- Mimo wszystko chcę być nadal blisko - objąłem ramieniem jego ciało wtulając twarz we włosy. - Rozumiem, że się boisz, ale proszę cię - lekko musnąłem ustami jego czoło próbując ocieplić jakoś tą okropną atmosferę. - Spróbujmy jeszcze raz
Po chwili namysłu przytaknął głową i wymamrotał bezdźwięcznie: "Okej".
Zobaczyłem tylko jeszcze jak przeciera oczy zewnętrzną stroną nadgarstka, kiedy odwrócił się do mnie tyłem. Przylgnąłem do jego pleców, rękę układając na jego brzuchu. Ostatni raz pocałowałem kark Ismaela i kilka chwil później błądziłem już w swoich snach.

***

Obudził mnie dotyk nastolatka. Z grymasem na twarzy przejeżdżał po moim oku. Nie było to zbyt przyjemne, miejscami nawet bolesne. Zasyczałem kiedy przycisnął obite miejsce by sprawdzić moją reakcję.
- Co Ci się stało? - spytał siadając zgarbiony na brzegu łóżka. Niczym nie okryte ciało szatyna przechodziły ciarki. Nic nie dawało pocieranie dłonią o przedramię jako próba ogrzania się.
- Twój przyjaciel tu wpadł - zaśmiałem się ironicznie pod nosem. - Chyba powinniście porozmawiać.
Nie specjalnie przejął się moimi słowami. Wstał starając pozbierać się by móc wyjść normalnie na lekcje.
- Spóźnisz się - mruknął, ubrawszy jedną z moich koszulek stanął przy drzwiach.
- Możliwe
Ismael opuścił mieszkanie zostawiając mnie samego. Trochę walczyłem ze sobą, żeby zebrać się na zajęcia. Ostatecznie dotarłem na drugi wykład.
Wchodząc do sali nie ominęły mnie ciekawskie spojrzenia innych. Miałem wrażenie jakby każdy doszukiwał się swojej własnej wersji wydarzeń w tym jednym podbitym oku. Nawet profesor Samstel nie omieszkał się z zapytaniem czy wszystko w porządku. Na koniec poprosił jeszcze o przekazanie Ismaelowi prośby o powrót do biblioteki.
Dawno tam nie byłem. I przyznam, że trochę tęskniłem za tym nigdy nie przerwanym spokojem. Tym miejscem gdzie to wszystko się zaczęło.

Na przerwie starałem się złapać chłopaka, żeby powtórzyć mu słowa mężczyzny.
- Hej - pochwyciłem bark nastolatka chcąc go zatrzymać.
- Hmm? - mruknął odwracając się lekko zdezorientowany.
- Samstel chce żebyś wracał do biblioteki - kąciki ust nieśmiało powędrowały do góry.
- A ty? - zapytał pod nosem unikając mojego wzroku.
- Co ja?
- Przyjdziesz? - uniósł głowę do góry wreszcie odważając się na kontakt wzrokowy.
Nie zdążyłem udzielić odpowiedzi, gdy ktoś delikatnie dotknął mojego ramienia pytając moim imieniem. Zobaczywszy dziewczynę przez, którą o mało co nie zrujnowałem sobie relacji z szatynem, przywitałem się czując na sobie jego wzrok.
- Trochę ostatnio nie wyszło, ale... jak chcesz to możesz dziś do mnie wpaść - uśmiechnęła się uroczo całkowicie ignorując trzecią osobę w naszym towarzystwie.
- Słuchaj... Nie za bardzo mogę, może innym razem - wzruszyłem ramionami próbując ją spławić.
Nie miała nic więcej do powiedzenia. Przytaknęła i odeszła zawiedziona.
- Może innym razem? - oburzony głos chłopaka sprowadził mnie na ziemię. - Co to znaczy może innym razem? - warknął, stawiając krok do tyłu zwiększył dystans między nami.
- A co miałem powiedzieć? - starałem się jakoś bronić swoje słowa.
- Chociażby nie chcę z tobą rozmawiać, skończmy znajomość - zdenerwowanie biło z drobnego ciała dając upust w machaniu rękoma. - Albo zwykłe spierdalaj
Dźwięk dzwonka całkowicie ukrócił naszą konwersację. Cartenly zmył się bez słowa.

***

Po skończonych zajęciach zawitałem do biblioteki mając nadzieję, że tam się spotkamy. Nawet jeśli nie mielibyśmy rozmawiać to wystarczy mi oglądanie go. Ważne, żeby był blisko.
Nie myliłem się. Prowadził wymianę zdań z profesorem. Nie przerwali jej nawet, gdy wszedłem.

Ismael?
Ostatnio mi jakoś nie idzie

niedziela, 20 listopada 2016

Od Ismaela C.D Aleksandra

Wyznanie chłopaka zadźwięczało mi w uszach. Waga jego słów oraz całość wydarzenia przytłoczyła mnie na tyle, że widząc jak łzy Olka zostawiają mokre ślady na jego koszulce, również zacząłem płakać. Jedynym czego pragnąłem to wtulić się w ciało blondyna, spróbować go uspokoić i zostać tak już do końca.
Nie mogłem.
Kolejny raz mu zaufałem, kolejny raz pozwoliłem mu się do siebie zbliżyć i kolejny raz się zawiodłem.
- Olek... - zacząłem biorąc głęboki oddech, który niemal rozerwał moją klatkę piersiową, słowa, które tak bardzo chciałem zachować tylko dla siebie nie mogły przejść mi przez gardło, hamując przepływ powietrza w organizmie. Wpatrywałem się tępo w przestrzeń przed sobą, co jakiś czas zlewała się w niekształtną całość. - Ja też Cię kocham, ale nie mogę... - wydusiłem zamykając oczy. Stojąc tak przed nim nie wiedziałem czy czuję się jak ofiara czy jak oprawca. Pierwszy raz tak wiele emocji mogłem dostrzec wypisanych na jego twarzy, tym razem jednak nie chciałem widzieć żadnej. - Nie mogę po raz kolejny ryzykować, że kiedy tylko kolejna Ci się spodoba Ty będziesz chciał mnie zdradzić - mój głos zaniósł się szlochem, gdy na chwilę straciłem nad nim kontrolę - Wczoraj powiedziałeś, że bardzo Ci na mnie zależy i mimo to byłeś gotów przespać się z inną, pomyślałeś co by było gdybym nie przyszedł? - spojrzałem na chłopaka, czując jak oczy pieką mnie coraz mocniej od powstrzymywanych łez. - Wyjdź już... - szepnąłem ledwie słyszalnym głosem, pewien, że chłopak mnie słyszy - obserwowałem jak podnosi się z mojego łóżka nie szczycąc mnie nawet obojętnym spojrzeniem. Chwyciłem za lewą stronę swojej klatki piersiowej, jakbym bał się, że moje serce rozsypie się na kawałki jeśli puszczę. Czując jak atak histerii przejmuje nade mną władzę oparłem się o drzwi opuszczając na nich. Głośny szloch rozdarł moje płuca zamieniając się w ciężkie rzężenie, wsadziłem dłoń w swoje włosy, szarpiąc na końcówki, gryząc nadgarstek drugiej by stłumić płacz. Tłumaczenie, że tak będzie lepiej w niczym mi nie pomagało, a jedynie jeszcze bardziej mnie niszczyło.
Po raz kolejny ktoś ode mnie odszedł. Ktoś kto był dla mnie ważny, najważniejszy. Przysięgałem wybaczyć mu wszystko, ale nie byłem gotów na to, że on ciągle będzie mnie ranił. Skuliłem się w sobie próbując utrzymać własne ciało w ryzach.
Nawet nie spostrzegłem kiedy drzwi do mojego pokoju, a wyleciałem przez nie, uderzając o twardą i zimną podłogę tyłem głowy. Przez myśl przemknęło mi, że to on, że tym razem to ja mogę wszystko naprawić i patrząc z nadzieją na swojego towarzysza dostrzegłem roztrzepane czarne włosy, czekoladowe oczy i bladą twarz.
- Michael... - mruknąłem zbolały, podnosząc się z ziemi. Chłopak oplótł mnie dłonią w pasie, nic nie mówiąc. - Dlaczego tak... - załkałem w ramię przyjaciela, który zmusił mnie bym ruszył do przodu.
- Idziemy do mnie, nie zostaniesz tu na noc - przetarłem powieki próbując znaleźć w sobie siłę by mu zaprzeczyć, nie było jednak czemu. Nie chciałem być sam, a skoro nie mogłem być przy blondynie, to chciałem być obok kogokolwiek z dala od zbyt trudnych myśli.

**

Wchodząc do pokoju Michaela poczułem specyficzny zapach bałaganu, starego jedzenia, pleśni i czegoś, na temat czego myśli wolałbym nie rozwijać.
- Wybacz bałagan - mruknął, zrzucając z kanapy górę śmieci. Położyłem się na niegdyś czerwonym meblu odwracając twarzą do jej oparcia.
- Zawsze masz ten sam burdel - wydusiłem przez łzy.
- Ismael, on nie był Ciebie wart - szepnął chłopak, gdy jego dłoń wylądowała na moim ramieniu.
Nie był?
Czy ktoś kto nie byłby mnie wart pojechałby ze mną do oddalonego o kilka tysięcy kilometrów kraju na pogrzeb kobiety, której nigdy nie widział? Czy spędzałby ze mną każdą chwilę? Gdyby mu nie zależało, to czy płakałby kiedy odchodziłem? Drgnąłem lekko odpychając agresywnie dłoń ciemnowłosego.
- Nie mów tak. Nie znasz go i nie masz pojęcia ile dla mnie zrobił - warknąłem, stając w obronie Aleksandra.
- Tak i dlatego, że tak mu na Tobie zależy ryczysz teraz na gnijącej kanapie w pokoju przyjaciela - prychnął z żalem w głosie, nie mogłem dyskutować z tym argumentem, miał rację. Gdyby ktoś taki jak Olek był mnie wart, nie cierpiałbym teraz.
Nie byłoby nic.
Nic złego.
- To nie zmienia faktu, że za nim tęsknię. Michael... Ja... Ja naprawdę go ko-ocham - załkałem w oparcie, słysząc jak gwałtownie podnosi się z zajmowanego miejsca.
- Zabiję go kurwa - wysyczał w złości, kiedy ja próbowałem go zatrzymać. Chłopak był jednak ode mnie wiele wyższy i szybszy, stąd nawet nie miałem szans upewnić się, że idzie do Olka.
Albo też nie chciałem i wolałem by Ekker poniósł odpowiedzialność za coś co robił. Wcisnąłem twarz w zagłębienie między skórzanymi poduszkami próbując wyzbyć się wyrzutów sumienia i poczucia, że powinienem powstrzymać bruneta. O niego się nie bałem, wiedząc co robi i znając styl jego życia oraz zakres wykonywanych ćwiczeń, nie miałem oporów by sądzić, że sobie świetnie poradzi.
Chodziło tu o Olka, bałem się o kogoś kogo powinienem był znienawidzić całym sercem. Przełknąłem ślinę czując jak po raz kolejny rozpadam się tak samo w środku jak i na zewnątrz. Wrak mojej osoby jaki teraz przedstawiałem nie miał nawet siły by zamknąć oczu i nie myśleć o tym co właśnie robi Michael...

~Oczami Michaela*~
Pędziłem na długich nogach w stronę pokoju tego oprawcy. Nieraz już słyszałem o tym,w jak okrutny sposób potrafi niszczyć drugiego człowieka.
Z jego byłą chodziłem do klasy i znając go dzięki niej nie mogłem pozwolić by ten sukinsyn tknął mojego przyjaciela.
Podchodząc do drzwi, nie prosiłem o pozwolenie do wejścia, wparowałem do środka widząc pochylającego się nad biurkiem blondyna. Na blacie dostrzegłem przeźroczystą płytkę, a na niej dwie równe kreski brudnobiałego koloru.
- Co Ty tu... - zdążył powiedzieć blondyn nim moja pięść spotkała się z jego twarzą.
- Tak Ci na nim zależy?! - wrzasnąłem łapiąc go za kołnierz koszuli - Że byłeś gotów jebać się z pierwszą lepszą szmatą? - spytałem patrząc chłopakowi z szałem w oczy. Nie bronił się, nie próbowałem mi oddać, a błękitne oczy zaszły łzami.
- Nie chciałem tego. Nie wiem co we mnie wstąpiło, pomóż mi go odzyskać - wypuściłem chłopaka z żelaznego uścisku mierząc się z nim morderczym spojrzeniem.
- Jestem jego przyjacielem - zacząłem - Chciałbym być kimś więcej, ale wiem, że nie mogę bo on Cię kocha, a Ty tak łatwo to spierdalasz - pokręciłem głową dając upust swojemu niedowierzaniu. - Nie pomogę Ci go odzyskać, bo nie muszę on sam Ci wybaczy - mruknąłem pewien prawdziwości swoich słów - Ale na pewno nie pomożesz sobie jadąc na prochach - moją radę przerwał gorzki śmiech - Przyszedłem chcąc Cię zabić, nie pomagać - chwyciłem chłopaka za kołnierz jeszcze raz i wymierzyłem bolesny cios prosto w kość policzkową, tak by mieć pewność, że załatwię mu tym fioletowy ślad na co najmniej dwa tygodnie - Dla zdrowotności - warknąłem widząc jak zbiera w sobie dość siły by spróbować zrobić mnie to samo. Wyszedłem z pokoju trzaskając drzwiami niepewien skutków naszej rozmowy.

~ Ismael~
Przekręciłem się na kanapie po raz kolejny, próbując zakopać myśli gdzieś na tyłach mojego umysłu tak, by pozwoliły mi zasnąć. O efektach rozmowy między chłopakami nie dowiedziałem się niczego, bo Michael wyraźnie wściekły natychmiast zakopał się pod kołdrę. Przez to wszystko czułem się jeszcze gorzej, bo teraz nawet mój najlepszy przyjaciel nie chciał ze mną rozmawiać.
Nie on mnie jednak teraz obchodził, a fakt, że leżałem tutaj sam, nie mogłem się odwrócić w stronę blondyna by wpleść palce w jego włosy, nie mogłem po raz kolejny przejechać dłonią bo szorstkim policzku by zwrócić jego uwagę.
Nie mogłem spojrzeć w te duże, błękitne oczy, zawsze mówiły tak wiele, przez co nigdy nic nie rozumiałem. Nie mogłem go przytulić, nie mogłem pozwolić by objął mnie ramionami dając poczucie bezpieczeństwa, którego tak bardzo pragnąłem.
Nie mogłem niczego, chcąc tak wiele. W głowie jeszcze raz odtworzyłem wydarzenia sprzed niecałej doby układając sobie to wszystko w jedną całość, słowa chłopaka przynosiły ukojenie skołatanym nerwom, wspomnienie momentu gdy mówił, że mnie kocha, kiedy chciałem być najważniejszą osobą w jego życiu, to wszystko przeważało nad widokiem piegowatej dziewczyny dosłownie przyklejonej do Olka.
Mojego Olka...
Ufałem mu. Naprawdę wierzyłem, że to był ostatni raz. Ufałem w to, że on nie chciał. Wiedziałem, że przez tyle lat Olek był sam, wiedziałem, że jego była bardzo go zraniła. Miał prawo czuć się w tym wszystkim zagubiony...
Jeśli naprawdę chciał się zmienić, to czemu miałem mu nie wybaczyć? Odetchnąłem cicho, ostatni raz wycierając napływające do oczu łzy. Zsunąłem chude nogi z niewygodnej kanapy, przez moje ciało przemknęły nieprzyjemne dreszcze kiedy stopy zetknęły się z zimną podłogą. Ignorując chłód nocy i fakt, że ktoś mógł mnie zobaczyć w samych bokserkach wydostałem się z pokoju i przemknąłem przez ciemny korytarz, prosto pod drzwi, na których w dziwnie zachęcający sposób widniała tabliczka "ALEKSANDER EKKER" pewien, że chłopak jeszcze nie śpi wszedłem do środka z ulgą przyjmując fakt, że drzwi faktycznie były otwarte. Blondyn leżał na łóżku z słuchawkami w uszach, nie zdając sobie sprawy z rzeczywistości dookoła niego. Wydawał mi się teraz taki spokojny, przez chwilę zwątpiłem, że chcę mu to zniszczyć. Podszedłem do łóżka próbując nie wydać swojej obecności dopóki nie pochyliłem się nad chłopakiem, ściągając mu z uszu słuchawki.
Z początku zdezorientowany otworzył szeroko oczy, szybko jednak rozumiejąc moje zamiary pochwycił w czułym geście moje policzki i przyciągnął do siebie, zamykając usta w pocałunku. Dłonie chłopaka z twarzy przeniosły się na barki schodząc niżej, tak by po chwili oplatały mnie w pasie. Delikatnie opadłem na klatkę piersiową blondyna, likwidując jakąkolwiek dzielącą nas odległość. Olek zmusił mnie bym opadł na plecy obok i nie przerywając wciąż pogłębianego pocałunku zawisł nade mną błądząc palcami po moim ciele. Mimo tak krótkiej rozłąki tak bardzo mi tego brakowało i ze strachu przed ponowną utratą cudownego uczucia starałem się czerpać jak najwięcej dopóki sam nastolatek nie przerwał czynności. Jęknąłem niezadowolony patrząc jak blondyn kładzie się obok mnie wlepiając spojrzenie w jakiś punkt nad nami.
- Dlaczego tu przyszedłeś? - spytał, obejmując mnie w pasie. Jego usta znaczyły ślady na moim ramieniu więc nieco zdekoncentrowany nie umiałem zgrabnie utworzyć zdania.
- Olek, chcę żebyś był mój - wyszeptałem przekręcając się tak by widzieć jego twarz - Nie tak Ci chciałem to powiedzieć, ale sytuacja nie pozwala - zaśmiałem się chłodno - Chcę żebyś był tylko mój i co za tym idzie nie mam zamiaru się z nikim Tobą dzielić, albo tak będzie, albo inaczej nic z tego nie ma sensu - mrok nie pozwolił mi na dostrzeżenie wyrazu twarzy chłopaka - Kocham Cię i jestem tego pewien, ale chcę Cię całego - mruknąłem zagryzając nerwowo wargi.
Nie byłem pewien czy coś z moich słów ma jakikolwiek sens.

Aleksander?
>.<
No takie sobie, ale się cieszę, że się pogodzili xd

*Wybacz, że pisałam jego oczami, ale potrzeba opowiadania noo więcej raczej ktoś taki jak Michael nie wystąpi xd

Od Kayline CD. Daniela

Słysząc słowa chłopaka byłam nie tylko u skraju wytrzymałości psychicznej, ale i fizycznej. Miałam ochotę zostać w miejscu i umrzeć z głodu, zimna, odwodnienia, wszytko było mi jedno. Jedyne co widziałam to jego oddalająca się sylwetka.
- Ty byłeś i będziesz egoistą.- szepnęłam, będąc pewną iż mnie nie usłyszy. Ku mojemu zdziwieniu, odwrócił się z zamiarem rozszarpania mnie na strzępy. A przynajmniej tak sugerowała po jego minie...
- Że co? Ja? To ty poszłaś tu nie zważając nie tylko na swoje, ale i moje życie! Co ty sobie wyobrażasz!? Że za każdym razem będę na twoje zawołanie? Twoja śmierć byłaby dla mnie pięknym snem! Więc radź sobie sama! - wydarł się, jednak nie do końca wszystko z siebie wyrzucił. Może miał rację,że nie powinnam się tu zapuszczać. Jeśli byłby to Luizjanin, mógł by odnaleźć także jego. Chociaż w tedy to mi byłoby na rękę.
- A ty myślisz, że wszyscy będą pod twoją łaską!? To ty zachowujesz się jak idiota bez uczyć, bez wdzięczności! Czemu nie zabiłeś mnie przy pierwszej lepszej okazji, co!?- tym pytaniem widocznie lekko zachowałam jego pewność siebie. Czemu oni wszyscy muszą być tacy sami? Chyba przerzucę się na dziewczyny. - Dobrze! Poradzę sobie bez ciebie i tej twojej je*anej pomocy! Myślisz, że mnie znasz? Powiem ci coś - gówno wiesz na mój temat więc nie masz prawa mówić jaka to ja nie jestem!
- Ty siebie słyszysz? - spytał z rozbawieniem. - Jesteś tak cho*ernie głupia!
- nie możesz powiedzieć, że jestem głupia. Tylko "moim zdaniem jesteś głupia "
- MOIM ZDANIEM JESTEŚ GŁUPIA. - Głośno gestykulował każde słowo.
- To wiedz, że Je*ie mnie twoje zdanie! - zmierzyłam go morderczym wzrokiem, powstrzymując kolejna falę łez. - skoro moja śmierć jest dla ciebie zbawieniem- idź.- wzruszyłam ramionami, po czym sama wyminęłam go, przez chwilę utrzymując kontakt wzrokowy. Ochota zamordowania go przez psychikę była bardzo mocna, że przez chwilę wniknęłam do jego umysłu... Nie zobaczyłam żadnych istotnych rzeczy. W sumie... Teraz dla mnie wszystko było obojętne. Najchętniej sama poszła bym do tych żarówek i błagała o śmierć, byle by zrobić mu na złość.
Zaczęłam objawiać zarys wizji, ale powstrzymałam się. Nigdy nie używałam mocy dla zabawy, więc teraz też tego nie zrobię... Zacisnęłam pięści i ruszyłam przed siebie. Gdzie? A kogo to teraz obchodzi...
Słyszałam za sobą jakieś pomruki. Kurcze... W tej chwili go nienawidzę.. Ale..
- Daniel .- mruknęłam ale mnie zignorował.
Szedł w przeciwną stronę. - Stój do ch*lery!
Tym razem odwrócił wzrok z zamiarem powiedzenia czegoś.- No przepraszam! Okej!? To chciałeś usłyszeć? Uprzykrzam ci życie od samego początku, i tak, jestem cho*erną księżniczką która uważa się za najsilniejszą a wiesz czemu? Wszyscy mieli mnie głęboko gdzieś więc jakoś musiałam sobie radzić. A jeśli ci to przeszkadza, to już twój problem. - zakończyłam, chcąc oddalić się stąd jak najdalej. Może.. Góry? Wyglądały obiecująco, jednak zważając na obolałe ciało i czerwone, piekące poliki, fajnie byłoby iść gdzieś blisko.
Mimowolny szloch wydobył się z moich ust, chodź już przestałam płakać.
Jedną ręką jeszcze wytarłam krew z kącika ust i włożyłam rękę do kieszeni, klnąc na broń która gubi się gdy jest na prawdę potrzebna.

<Daniel? >

Od Daniela cd. Kayline

Wiedziałem, że tak będzie. No po prostu ja to czułem. Gdy tylko wbiegłem do lasu, wyczułem zagrożenie. Na początku myślałem, że gdzieś nie daleko jest jakiś Luksjanin, ale to nie byli oni. To był jakiś człowiek, ale czego on mógł by chcieć? Nie wiem, później tego też się nie dowiedziałem. Byłem zajęty szukaniem tej dziewuchy. Nie mogłam jej znaleźć, więc w ciągu tej godziny na prawdę daleko musiała się zapuścić. Dlaczego ziemskie kobiety są aż tak głupie?! Nie wyczuwałem jej. Nie potrafiłem jej znaleźć, aż w końcu natrafiłem na jakąś rzekę. Przystanąłem tam, aby się napić zimnej wody. Moją uwagę od razu przykuł mężczyzna, który stał nad kimś. W dłoni trzymał nóż. Widziałem tylko białe włosy ofiary. Białe... jak u Kayline. Zdenerwowałem się nie tylko dlatego, że była bliska śmierci, ale dlatego, że ona tam była. Że mnie nie posłuchała, postawiła na swoim, a teraz krzyczy moje imię, abym ją uratował. O nie. Po tej akcji będzie mi wisieć bardzo wielką przysługę. Czy ja jestem jej niańką? Nigdy nienawidziłem dzieci, a tym bardziej dziewczyn. Zawsze krzyczały bez powodu, bały się zwykłych jaszczurek... I słysząc jej krzyk, śmiech tego mężczyzny, miałem ochotę zabić ich obojgu. Zamieniłem się w cień i w ciągu sekundy znalazłem się przy nim. Złapałem go za szyję i podniosłem. Jednocześnie go dusiłem, jak i wysysałem z niego energię. Widziałem jego wspomnienia, ale nie obchodziły mnie. Gdy go puściłem martwego na ziemię i spojrzałem na dziewczynę, miałem ochotę i z niej wyssać energię. Ale się powstrzymałem. Miała ranę na policzku w postaci ciętej rysy, oraz parę siniaków.
- Potrzebne ci to ku*wa było?! - krzyknąłem zdenerwowany. Zacisnąłem pięści, aby zaraz się na nią nie rzucić. Widziałem łzy w jej oczach, ale nie byłem pewny, czym są spowodowane. Strachem przed mężczyzną, czy przede mną?
- Daniel, ja... - przerwałem jej, bo nawet jej głos dawał mi się we znaki, w postaci coraz to większej złości.
- Mówisz, że ja jestem egoistą, ale ty jesteś jeszcze gorsza! Całkowicie zadufana w sobie księżnisia, która uważa się za najsilniejszą! - zacząłem krzyczeć, aby dać upust złości. - Myślisz, że wiesz wszystko najlepiej?! Proszę cię bardzo! Teraz sama będziesz walczyć o swoje życie. Nie mam zamiaru cię dłużej pilnować, niańczyć i ci dawać rady, które i tak masz w du*ie - zacząłem się uspokajać. Odwróciłem się do niej plecami z zamiarem odejścia. Chciałem wrócić tylko po swój motor i wrócić do akademii. Nie obchodziło mnie już, co się z nią stanie.

<Kayline? Taka mała złość...>

Od Kayline cd. Daniela

ciemność w jednej chwili ogarnęła przestrzeń wokół mnie. Mimo tak wczesnej godziny, gęstwina jaka tu panowała, zasłaniała choćby jeden promyk słońca. Mam się bać? Może są tu jakieś wrota do piekła? świata nieumarłych? Albo jakieś inne, dziwne stworzenia? Warto się przekonać!
Jeden krok powodował albo złamanie się jednej z gałęzi leżącej pod moimi stopami, lub szelestem wyschniętych, obłoconych liści. A co było dziwne? Drzewa nie były łyse- wręcz przeciwnie. Zaskakiwały swoją zieloną, gęstą koroną. Lecz skąd kolorowe liście? To była zagadka nie do rozwiązania..Zaczęła myśleć, że ten las ma w sobie coś magicznego. 
W oddali, zauważyłam wodę. Gdy podeszłam bliżej, okazało się to być małą, spokojnie płynącą rzeczką. ten nurt prowadził do większego zbiornika wodnego, do jeziora, otoczonego pięknym krajobrazem, przypominającym ten, kiedy z Danielem odwiedziliśmy takowe miejsce obok autostrady. No, ale muszę przyznać, to jest o niebo lepsze...Góry? Były wysokie, szpiczaste i pokryte śniegiem. Tam wszystko wyglądało zupełnie inaczej! Jak jakaś lodowa kraina. Jednak najbardziej skupiłam się na chatce, stojącej obok. Dopiero teraz ją zauważyłam, a mała to ona nie była. Deski w niej były przygniłe okna powybijane a drzwi leżały gdzieś parę metrów dalej. Co tu się stało?
Chciałam tam wejść, ale poczułam coś jak niepokój. Ignorując go, zbliżała się, mętnym wzrokiem szukając w ciemnym pomieszczeniu jakiś oznak życia. Nic. Myśląc, że nic tam na mnie nie czyha, złapałam się luźnej, drewnianej powierzchni i postawiłam krok w stronę drewnianego krzesła, stojącego na środku. Zmrużyłam oczy... Łamiące się gałęzie powróciły. Ale nie były wywołane przeze mnie...czyli...
Moje myśli przerwał nagły ból w okolicy pleców. Upadłam, wydając z siebie jęk bólu. Czułam, jak w moich oczach zbierają się łzy. Znalazłam jednak siły, by spojrzeć do góry. No, nie... To on. Morderca mojej rodzicielki...
- J-jak mnie tu znalazłeś? - wyjąkałam, nie wiedząc w jaki sposób dobrać słowa. Jedyną odpowiedzią był jego parssywy uśmiech. Potem znów cios, tym razem w brzuch, za którego się złapałam. I co? Tak zginę? Przez jakiegoś cholernego zabójcę? Tutaj, w lesie? Może dla niektórych osób moja śmierć byłaby rozkoszą, ale nie dam się... Prawda? 
W obawie przed kolejnym ciosem, przeturlałam się do wnętrza i zamknęłam oczy. Piekący ból znów w okolicy pleców. Poczułam metaliczny smak krwi w ustach. Pomóż mi... No proszę, nie teraz!
W tym momencie przypomniałam sobie o broni. Kolejne, ciężkie kroki zbliżały się w moją stronę. Panicznie przeszukiwałam kieszenie kurtki, by znaleźć pistolet. Ciężko mi się oddychało, co powodowało dezorientację.
- Nikt ci nie pomoże. - wzruszył bezlitośnie ramionami - zginiesz jak ta su*a!- skuliłam się, wycierając łzy.
- Kayline! - nawet nie zareagowałam, myśląc że to tylko moja wyobraźnia. Że odgłos łamanych kości należy do mnie. Że szelest liści oznacza, że nie żyję a napastnik dał sobie spokój. I wtedy wystrzał. Czyj?
Otworzyłam oczy i wyczołgałam się na zewnątrz.
- A ty gdzie? - nóż lądujący na mojej skroni, przejeżdżał delikatnie, powodując ciarki na moich plecach. Po chwili złapał mnie za kurtkę i siłą pociągnął do góry tak, że z łatwością zaczął ze mną iść w stronę wody. Z przerażonym spojrzeniem starałam się wyrwać, jednak nie udało się. Był zdecydowanie silniejszy.
- Zostaw! - udało mi się kopnąć go w krocze, przez co poluźnił uścisk, dając mi możliwość ucieczki. Oczywiście ją wykorzystałam, kierując się z dala od chatki wody no i jego. Jeden rzeczy nie przemyślałam... Jego szybkości. Z odnowioną złością pojawił się tuż obok mnie, gwałtownie pchając mnie na ziemię. Przygwodził mnie do ziemi
Mimo to starałam się cofnąć, a coś ciemnego przebiegło tuż za nami. Najwyraźniej także to zauważył, gdyż odwrócił głowę. Daniel... 
- Daniel! - krzyknęłam najgłośniej jak potrafiłam.

<Daniel? HELP!;_;>