sobota, 31 grudnia 2016

Od Laurencego c.d Ansela

Chłopak nie wydawał się taki najgorszy, jak oceniłem go na początku. Może umiał stwarzac pozory, ale pierwszy raz spotkałem kogoś kto nie czerpał z tego radości. Tytuł bycia "tym nowym" w Paresscot był czymś naprawdę  imponującym. Wtedy byłeś na ustach wszystkich, nawet nauczycieli. Każdy miał na Twój temat wyrobione zdanie, chociaż pierwszy raz widzieli Cię kilka godzin temu.
Odetchnąłem cicho, odrywając się od rozmyślań na temat "tego nowego" nie chciałem utożsamiać się z resztą tej pospolitej (nie)inteligencji. Zwróciłem wzrok ku górze, wlepiając spojrzenie w punkt za oknem. Biały pył oblepiał szyby, uniemożliwiając ciekawskim, obserwowanie świata na zewnątrz. Zniechęcony odwróciłem spojrzenie w stronę reszty uczniów, spokojnie mogłem  przysłuchiwać się ich rozmowom,  zastanawiałem się czemu się ich nie wstydzą, czemu nie boja się, że nie każdemu spodoba się to co usłyszą, a bądźmy szczerzy cicho oni nie byli. Kilkoro z nich wymieniło ze mną przyjazne "hej", niestety na żadne nie odpowiedziałem, nie wiedziałem nawet kim byli.
To kolejna rzecz, która,  nie dało się ukryć wyjatkowo mnie bawiła. "Popularność" każdy chciał ją zdobyć, ale nie każdy na nią zasłużył.
Bynajmniej była ona bardzo prosta, jeśli Ty miałeś wszystko gdzieś, innych interesowało to coraz bardziej. Lgnęli do Ciebie chcąc znaleźć w Tobie przyjaciela, im bardziej ich odtrącałeś tym mocniej tego pragnęli. Dlatego właśnie nie zaskoczyło mnie, gdy zwracając wzrok na Ansela dostrzegłem również wianuszek jego wiernych fanów. Nawet było mi go szkoda, było mi szkoda każdego kto wepcha się w tę maskaradę. Przewróciłem oczami czekając, aż ciemnowłosy odwzajemni moje spojrzenie chwilę potem skinąłem głową w jego stronę dając do zrozumienia by tu przyszedł, obserwowałem jak przeciska się przez gapiów by usiąść po mojej prawej stronie.
- Znudziło Ci się bycie najsławniejszym uczniem w szkole? - zaśmiałem się chłodno, odwracając od niego wzrok. Nie chciałem z nim rozmawiać, nie, żeby mi nie pasował po prostu rozmowa prowadzi do spotkań, spotkania do znajomości, znajomości do przyjaźni, przyjaźń do zobowiązań, zobowiązania do wyrzeczeń, wyrzeczenia do smutku. I idąc za ową reakcją łańcuchową łatwo było wysunąć wniosek, że nie chciałem przyjaciół.
- To chyba funkcja nie ma dla mnie - mruknął, grzebiąc jedzeniem w talerzu.
- Masz sporą konkurecję - przesuwałem palcami po marmurowym blacie co jakiś czas zerkając w stronę stolika, przy którym siedział Noah. Nie tylko ja się mu przyglądałem, nic dziwnego. Blond włosy, postawione do góry, pobielane na końcówkach idealnie komponowały się z czystą i oliwkową cerą. Ubrania, które nosił skórzana kurtka, biała koszulka, czarne spodnie i glany również wyglądały jakby były dla niego stworzone. Nic więc dziwnego, że każdy doszukiwał się w chłopaku prawdziwego ideału. We mnie budził jedynie odrazę i *niestety* strach. Zdenerowany odwróciłem wzrok kiedy tylko go odwzajemnił.
- Żyjesz? - Ansel szturchnął mnie dotkliwie w ramię przez co zacząłem gromić go spojrzeniem.
- Zamyśliłem się... Sorry muszę iść - mruknąłem wymijająco po czym podniosłem się z miejsca i opuściłem stołówkę.
Droga, raczej bieg do mojego pokoju dłużyła się w nieskończoność każdy pojawiający się przede mną korytarz był tym dodatkowym by wydłużyć mi drogę do jedynego bezpiecznego miejsca. Wpadając do miejsca, w którym mieszkałem poczułem się jakbym właśnie znalazł się w perfekcyjnym azylu, ale przerażające myśli nie odeszły. Nadal gnębiony złym samopoczuciem wkopałem się pod łóżko czekając na swój jedyny ratunek - sen. Nie miałem zamiaru wracać na zajęcia, nie po tym wszystkim. Byłem na siebie zły, że pozwoliłem sobie na rozmowę z chłopakiem, zły, że poraz kolejny zwróciłem uwagę na Noaha, zły, że Noah zawsze będzie tym cholernym psychopatą, zły, że nikt inny tego nie dostrzegał.  Przesunąłem palcami po twarzy by po chwili oddać się objęciom Morfeusza.
Obudziłem się chwilę przed północą, mocne światło księżyca przebijało się przez cienką zasłone wdzierając do pokoju. Pełnia przybrała swój typowy niemal biały kolor rozjaśniając cały pokój tak, że mogłem śmiało wziąć książkę i czytać. Zsunąłem z łóżka bose stopy, które zdrętwiały po zetknięciu z ziemią i korzystając z tego, że jestem wciąż ubrany złapałem swoją moro kurtkę i opuściłem pokój. Ciężko było przebrnąć po ciemnku przez szkolne korytarze, te, do których nie docierało światło księżyca. Wysunąłem do przodu odrętwiałe dłonie by żadną inną częścią ciała nie uderzyć w niepożądany mebel. Minuty mijały, a ja w końcu dotarłem do głównego korytarza, księżyc oświetlał jego centrum rozprzestrzeniając się na boki, tak, że wyjście było ledwo widoczne. Doczłapalem do dużych, brązowych drzwi prowadzących do archiwum jak i samej uczelni. Podszedłem do murowanych, szarych schodów przyglądając się przez krtóką chwilę ich spękaniom, przysiadłem na najwyższym stopniu wpatrując się w ciemność, koniecznie musiałem ochłonąć. Przejechałem dłonią po włosach, gorączkowo szukając rozwiązania z tego bagna, przez które moje życie staczało się coraz bardziej. To było żenujące, przez tyle lat budowałem swoją pewność siebie, tak by nic mnie nie złamało, bym teraz poddał się z powodu jesteś jednej osoby.
- Wszystko gra? - uniosłem wzrok znad odpalonego chwilę temu papierosa i ciśnienie natychmiast mi skoczyło.
- Czemu się do mnie przyjebałeś? - mruknąłem zniżając swój głos do jednego tonu niżej. Wyraźnie zaskoczony zrobił krok do tyłu średnio wiedząc jak na to zareagować. - Słuchaj, to nie tak, że Cię nie lubię, ale jeśli szukasz towarzystwa to nie jestem odpowiednią osobą, Noah też nią nie jest - wyrzuciłem papierosa za barierkę i wróciłem do szkoły. Wiedziałem, że on nie szuka we mnie przyjaciela, nie wyglądał na takiego co chciał się przyjaźnić, ale ja nie chciałem z nim rozmawiać więc śmiało mogliśmy pójść na taki układ.
*Oczami Noaha*
Ten chłopak nie wiedział w co się wpakował, jednak ja wiedziałem jak to wykorzystać, na pewno mu nie odpuszczę. Nie pozwolę na to ani jemu, ani Laurkowi. Zdobycie informacji o tożsamości chłopaka było aż zbyt proste, ta magia wyglądu. Wiedzialem co robi, a jego obserwowanie też nie było zbyt wielkim problemem. Wiedziałem też, że na zewnątrz wyjdzie razem z Laurence, który obrażając chłopaka wyjątkowo ułatwił mi zadanie. Wyszedłem ze szkoły chwilę po tym jak blondyn z impetem trzasnął drziwami. Chłopak siedział na schodach jakby nieco zdezorientowany, cóż nie tylko on przeliczył się co do tożsamości Bentley'a.
- Hej, to Ty - uśmiechnąłem się, zajmując miejsce obok - głośno o Tobie w szkole - zaśmiałem się cicho poprawiając skórzaną kurtkę.
Musiał mi tylko zaufać.
Ansel? Wybacz pisane na telefonie xd

piątek, 30 grudnia 2016

Od Nihili do Shane'a

Chłopak ciągnął swój monolog w nieskończoność. Marzyłam tylko o tym, by puścił mój obolały nadgarstek. Czułam się jak na wykładzie na temat mojego życia, co ani trochę mi się nie podobało. Było mi zimno, a oczy bolały mnie już od płaczu. Ciepłe łzy spływały po zimnych policzkach, straszliwie piekąc. Cały obraz świata był aktualnie rozmazany, wraz z chłopakiem, który do mnie mówił i patrzył na mnie z góry. Z całych swoich sił, próbowałam ostać się na nogach by nie upaść na kolana. W rezultacie wisiała bym jak szmaciana lalka, czego bardzo w tej chwili nie chciałam. Czułam jak nogi zaczynają mi trząść, i nie bardzo wiedziałam czy to ze zmęczenia czy to z zimna, które już zaczynało przedostawać się przez mój płaszcz. Rozumiałam tylko po niektóre słowa, bo nie skupiałam się na słuchaniu go, tylko na ustaniu na nogach.
Momentem kulminacyjnym był moment, gdy sięgnął do kieszeni. Zabrał mi moje opakowanie tabletek. Z przerażeniem przyglądałam się jak wyrzuca je na cieniutką warstwę śniegu, wymieszanego z błotem. Po kolei każda tabletka spadała na ziemię, czułam jak oblewa mnie zimny pot. Było to moje praktycznie ostatnie opakowanie. W swoim pokoju mam jedno, ale starczy mi na zaledwie trzy dni, jeżeli w ogóle dożyje, jak to powiedział ciemnowłosy. '' Mów co chcesz, ale i tak nie dam ci się zabić.'' - słowa brzęczały mi w podświadomości. Dobrze wiedziałam, że gdy mówił je, myślał tylko o sobie. Byłabym jego problemem, a gdybym zmarła, on musiał by przechodzić przez codzienną serię pytań, czego nie chciał. Nie bardzo miał na to ochotę, więc to był jego jedyny powód. Bynajmniej ja to tak odebrałam. Jaką ulgą ukazało się, że po chwili puścił mój nadgarstek. Odruchowo sama delikatnie dotknęłam go nieobolałą dłonią. Natknęłam się na wiele wypukłości. Miejsce chwytu chłopaka pulsowało bólem. Wzrokiem odprowadziłam go, do momentu gdy zniknął mi z oczu. Rękawem próbowałam otrzeć łzy, a gdy udało mi się w choć większej mierze opanować łzy, schyliłam się i uważnie przyglądałam się tabletką. Żadna się nie nadawała. Rozpuściły się w śniegu tworząc tylko jedną małą papkę. Śnieg, kuł mnie w twarz, więc czym prędzej udałam się do drzwi.
Kiedy kolejnym cudem odnalazłam mój pokój, zdjęłam buty i płaszcz, plackiem padłam na łóżko. Nie miałam pojęcia ile przespałam, ale gdy otworzyłam oczy za oknem było już ciemno a na niebie błyszczał księżyc. Ziewnęłam i przeciągłam się leniwie na łóżku. Postanowiłam wziąć szybki prysznic, po czym spędzić resztę czasu przy laptopie.
Cały weekend minął mi podobnie. Całe te dwa dni spędziłam przy moim kochanym urządzeniu, robiąc tylko przerwy na łazienkę i na jakiś posiłek. Dziennie jadłam może ze dwie, trzy kanapki. Nie czułam się jakoś głodna, a na parapecie pojawiło się mnóstwo puszek po energetykach i kilka listków po lekach.
***
 Poniedziałek przyszedł i zapukał do moich drzwi subtelnie, a gdy tylko je otworzyłam okrutnie się na mnie zwalił. Czemu sobota i niedziela, jako jedyne dni tygodnia tak szybko uciekają? One nie mają za grosz sumienia i taktu. Nie pozostało mi nic innego jak tylko, przejść poranną rutynę. Moim śniadaniem okazał się energetyk i mniejsza dawka tabletek uspokajających. Byłam pod wrażeniem jak podświadomie zmniejszyłam dawkę leku. Sztuczki psychologiczne są naprawdę skuteczne, ale działają bestialsko. Mój organizm wyczuł wyraźną zmianę. Wsypka co prawda nie znikła całkowicie, bo w jakieś mierze ciągle się utrzymywała i w najbliższym okresie czasu nie zapowiadało się na to by zechciała zniknąć. Prowadziłam walkę psychiczną, gdyż zmniejszenie dawki lekarstw powodowało moje większe lęki i roztrzęsienie, jednak organizm czuł się odrobinę lepiej. Zdenerwowana całą tą sytuacją, owinęłam sobie bandażem nadgarstki by o tym mi nie przypominały, jak i założyłam na siebie dużą szarą bluzę, która dosłownie na mnie wsiała. Spojrzałam na zegarek i byłam spóźniona dziesięć minut. Serce zabiło szybciej, jednak uznałam, że nie opłaca mi się iść a co dopiero znajdę klasę. Nie opłacało mi się iść na pięć czy dziesięć minut wykładu. Ruszyłam więc w stronę klasy biologicznej, która widniała jako druga w moim rozpisu zajęć. Zadowolona, że pamiętałam gdzie ona jest ruszyłam w jej stronę. Dojście zajęło mi chwilę, ale za to czekanie miało być najgorsze. Usiadłam zrezygnowana pod zimną ścianą, podnosząc lekko głowę by bez celu oglądać sufit. Wyjątkowo ambitne zajęcie. Czułam co chwile ogarniającą senność, przez zerwane dwie noce. Energetyk ani trochę nie postawił mnie na nogi, tak jakbym się na niego uodporniła. Gdy powieki zaczynały opadać, szybko je podnosiłam, by nie zasnąć na korytarzu... jak by to wyglądało? Jednak spokój nie trwał zbyt długo. Tuż przy moim uchu usłyszałam duży huk, który rozlał się echem po korytarzu. Moja reakcja, jak i zmniejszona dawka leków na uspokojenie dała się we znaki. Podniosłam się tak szybko, jakby ktoś przyłożył mi ogień do polika. Rozejrzałam się spanikowana po korytarzu, a moje szare oczy spoczęły na sylwetce chłopaka. I był to właśnie ten, który wykładał mi monolog na temat mojego życia. Trochę się we mnie zagotowało, gdy go zobaczyłam o czym świadczyły moje dłonie, które przybrały kształt pięści. On widząc moją spanikowaną reakcję, uśmiechnął się złośliwie.
 - No witam panienkę - powiedział z tym jego złośliwym uśmiechem. Zmarszczyłam brwi lekko w geście zażenowania sytuacją. Nie odpowiadając mu, znowu klapnęłam ciężko na podłodze, opierając się o ścianę nadal go śledząc wzrokiem. On jakby niby nic zrobił to samo. Usiadł naprzeciw mnie opierając się o ścianę nieopodal drzwi od klasy historycznej. Czyżby los okazał się dla mnie taki okrutny? Mierzyliśmy siebie nawzajem wzrokiem. Nagle uświadomiłam sobie jakże banalną i głupią rzecz, która spowodowała u mnie lekki uśmiech a później zduszony chichot. Brunet spojrzał się na mnie jak na obłąkaną.
 - Zabawne... - zachichotałam, na co on przechylił głowę. Nadal nie rozumiał. - Robisz mi wykład na temat mojego życia i pouczasz mnie... - zrobiłam chwilową przerwę, a ton mojego głosu zmienił się z roześmianego na obojętny, z czego nawet ja byłam zdziwiona - ...Nie wiem jak masz na imię chłopie. - powiedziałam i patrzyłam na niego, jak jego usta wykrzywiają się w uśmiechu. Zaśmiałam się raz jeszcze, odgarniając kosmyk włosów, które spadły mi na twarz, za ucho.

Shane? Przepraszam, że takie denne, ale ja także jestem chora i widzisz jakie bagno wychodzi, gdy człowieka dopada choroba ;_;

czwartek, 29 grudnia 2016

Od Shane'a do Nihili

- Zatem kochanie, teraz ty mnie posłuchasz - wyszeptałem nadal nie puszczając jej nadgarstka obsypanego wypukłościami świadczącymi o zmianach w organizmie. Każdemu wypowiedzianemu słowu towarzyszyła para z ust, typowa dla tak zimnej pory roku. - Zdaje się, że ten imbecyl - zacytowałem jej własne słowa by zdała sobie sprawę ile tak naprawdę słyszałem z tej 'rozmowy' po moim wyjściu - spędził długie lata na wkuwaniu na pamięć wszystkich formułek, przyczyn, dolegliwości i miliona innych rzeczy których po nazwie i tak nie wymieniłabyś za pół minuty, po to tylko żeby ratować właśnie takich półgłówków jak ty - monolog nabrał poważniejszego tonu, ja sam zaś przebiłem wzrokiem kilkukrotnie mniejszą ode mnie dziewczynę. Wyglądała wyjątkowo słabo, jakby za lekkim podmuchem wiatru miała przewrócić się i już nigdy nie podnieść. Patrzyła jednak wprost moich oczu, jakby zahipnotyzowana i ignorując łzy spływające po policzkach nadal słuchała. - I uwierz złotko, że moje a twoje leki różnią się. Mają inne składy, inne działania i milion innych rzeczy których po nazwie i tak nie wymieniłabyś za pół minuty. - powtórzyłem się specjalnie, by niemota zdała sobie sprawę z powagi sytuacji. Niektórym po prostu trzeba wypisać wielkimi, czerwonymi literami co mają zrobić bo bardziej zaawansowane słowa mogą ich zgubić. - Mogę być narkomanem, chociaż ja nie zabijam się na własne życzenie - mówiąc to wyciągnąłem plastikowy pojemnik z kieszeni jasnowłosej, po czym otworzyłem go i wysypałem całą zawartość na śnieg. - Ups. Mów co chcesz, ale i tak nie dam ci się zabić. Wiesz, ściany mają uszy, choć nie tylko - zerknąłem w stronę kamery, umieszczonej nad drzwiami. Jak planowałem wzrok dziewczyny powędrował w tym samym kierunku. - No już, uśmiechnij się do zdjęcia. Jeśli za dwa dni przyjdzie do mnie dyrekcja z zapytaniem co łączyło mnie ze zmarłą pokraką widoczną na filmie powiem że nic. I nie łódź się że pośmiertnie ktokolwiek się o ciebie zatroszczy - zakończyłem monolog i wypuściłem dziewczynę z metalowego uścisku. Teraz ja byłem górą. Zastraszyłem ją tak, by jej mózg obrał taktykę obronną. Zacznie stosować się do moich zaleceń, bo w końcu osoba tak pewna siebie i tak stanowcza jednak musi wiedzieć coś o czym gada. Studiowanie medycyny i psychologii jednocześnie - ktoś powie że niemożliwe. I oto stoi tu najlepszy przykład na to, że jak się chce, to wszystko można. Opuściłem miejsce znikając za rogiem, choć zacinający śnieg ukrył mnie już o wiele wcześniej. Wolnym krokiem udałem się do bocznego wejścia budynku. przy okazji zażywając kilka swoich tabletek. Pokaźna kolekcja opakowań w mojej kieszeni tylko polepszała mój już i tak nienaganny humorek.
***
Poranek okazał się wyjątkowo nie udany przez spektakularne wywrócenie się na lodzie jak i późniejszy problem w znalezieniu sali w której obecnie powinno się już być od jakichś czterech minut, ale to szczegół. Z racji przejścia całego budynku kilka razy bez pożądanych efektów stwierdziłem, iż wagary będą lepsze niż błądzenie jak dziecko we mgle bez całkowicie żadnych szans na odnalezienie się. Znalazłszy klasę od historii czyli przedmiot który widniał na moim planie jako drugi tego dnia sprawdziłem godzinę. Smutnym faktem okazało się pozostałe dziesięć procent baterii oraz godzina ósma dwadzieścia osiem. Widok najbliższych kilkudziesięciu minut nie zapowiadał się dobrze do momentu, kiedy zza rogu nie wyjrzała dziewczyna o białych włosach. Usiadła ona na podłodze, plecy podpierając o zimną ścianę i jakby nie czując mojej obecności tutaj zaczęła studiować wszystkie kropki na suficie. Zakradłem się do niej jak przyczajony tygrys, po czym ryknąłem, a raczej otwartą dłonią ukarałem ścianę tuż przy jej uchu. Reakcja była dość spodziewana: podskoczenie w miejscu i spanikowane spojrzenie posyłane we wszystkie kąty korytarza, aż w końcu natrafiła na moją sylwetkę.

Nihili? Wybacz mi że tak długo, nie dość że przeziębnie rozłożyło mnie na łopatki to na dodatek zero pomysłów ;-;

Od Ansela cd Laurence

- Mam nadzieję, że pan Batley szybko cię oprowadzi po szkole.
Na sam dźwięk tego nazwiska zalała mnie fala nieprzyjemnych wspomnień. Było ono aż za bardzo podobne do nazwiska tego przeklętego dyrektora, który jak zakładam właśnie świętuje swój sukces, jakim jest moje odejście ze szkoły. Skupiony na tej nadzwyczaj nieprzyjemnej wizji nawet nie przyszło mi do głowy by zorientować się, który z rówieśników to Batley. Sprawa jednak sama się wyjaśniła i to kilka sekund później gdy z tyłu klasy rozległo się ciche lecz pełne poirytowania prychnięcie.
- "Super" -pomyślałem- "Czyli jednak to na jego towarzystwo będę skazany przez cały dzisiejszy dzień. "
W sumie nic do tego chłopaka nie miałem ale tylko ślepy nie zorientowałby się, że nie należy on do osób towarzyskich. Chyba, że to po prostu do mnie się uprzedził.
Zastanawiałem się nawet czy nie odmówić sobie pomocy ale szkoła była zbyt duża bym sam się w niej odnalazł. Po za tym wątpię by Laurence w to uwierzył po tym jak wczoraj nie mogłem trafić do własnego pokoju.
Nauczyciel zaczął uspokajać uczniów, którzy jak na moje oko byli zbyt podekscytowani obecnością kogoś nowego w klasie. Po tym jak historyk rozpoczął w końcu lekcje umilkły pytania i zniknęły wszelkie ukradkiem rzucane w moją stronę spojrzenia. W tamtym momencie jakaś cząsteczka mnie ucieszyła się z tego, że to Batley będzie moim przewodnikiem.
Historia okazała się być cholernie nudna i byłem pewien, że już nigdy nie zjawię się na niej tak wcześnie. Sukcesem będzie jeśli wogóle pojawię się na następnej.
Całe czterdzieści minut spędziłem na gapieniu się w okno, a pozostałe pięć w łazience. Przynajmniej tak przypuszczał profesor gdy zapytałem go czy mogę wyjść do toalety. Nie miałem pojęcia gdzie się ona znajduje ale i tak nie była mi w tym momencie potrzebna. Chciałem jedynie wyjść z klasy by móc rozprostować nogi. Przeszedłem się w zdłóż korytarza zastanawiając się jak mam przetrwać kolejną godzinę bez ruchu i jakiejkolwiek rozmowy. Zazwyczaj w takich momentach wychodziłem pobiegać ale w pierwszy dzień szkoły raczej nie byłoby dobrym pomysłem zrywać się z lekcji. Westchnąłem z cichą nadzieją, że w dzisiejszym planie zajęć znajdzie się wf i po odczekaniu jeszcze kilku minut wróciłem do sali.
Na dzwonek nie musiałem czekać długo. Gdy tylko ten nieprzyjemnie głośny dźwięk wypełnił klasę wrzuciłem swoje książki do torby i zarzuciłem ją na ramię. Pomimo pośpiechu i tak wyszedłem z sali ostatni, bo jak się okazało nie tylko ja z utęsknieniem czekałem na przerwę.
Po korytarzu krzątała się cała masa uczniów, a ja zamiast zostać wciągnięty w ten tłum poczułem jak ktoś ciągnie mnie w stronę pobliskiej ściany. Gdy już mój mózg ogarnął panujący wokół tłok i hałas zauważyłem przed sobą Laurence. Zdążył już puścić moje ramię a mimo to nadal czułem na nim mocny uścisk.
- Teraz jest długa przerwa -wyjaśnił- Miejmy to już za sobą.
Czułem bijącą od niego niechęć. Zdawało się, że robi mi łaskę tym, że oprowadzi mnie po szkole. Już miałem mu to wytknąć ale on zmył się gdzieś nim zdążyłem otworzyć usta.
- No idziesz czy nie? -dobiegł mnie jego głos z lewej strony.
Niechętny, ruszyłem za nim. Całe te "oprowadzanie" było gorsze niż lekcja historii. Pomijając niezręczną -w każdym razie dla mnie- cieszę, Laurence odzywał się tylko po to by nazwać obiekt obok, którego się znajdowaliśmy. Potakiwałem za każdym razem gdy wskazując na drzwi mówił: "Sala od biologii", "Sekretariat", "Drzwi wyściowe", "Łazienka - ale to chyba już odkryłeś". Przy tym ostatnim towarzyszył mu dziwny uśmieszek, który nie był ani trochę zaraźliwy. Przez chwilę nawet miałem wrażenie, jakby wiedział, że wcale w niej nie byłem. Po 10 minutach wkroczyliśmy na szeroki korytarz gdzie roznosiła się woń jedzenia. Zapach od razu przywołał we mnie uczucie głodu.
- Stołówka -znów opisał skrótowo Laurence.
- Dzięki, nie domyśliłbym się -odparłem ironicznie.
- Jak chcesz możesz iść coś zjeść -powiedział tonem sugerującym, że jeśli tam wejdę, to zmarnuję tym samym jego cenny czas, który mi poświęca.
- A ty nie idziesz? -zbyt późno zdałem sobie sprawę, że pytam o coś tak oczywistego.
Stałem w milczeniu czekając na sarkastyczną uwagę z jego strony.
- Idę -rzucił i wyminął mnie w drzwiach.
Zaskoczony podążyłem za nim do stołówki uprzednio rozglądając się na boki jakby chcąc sprawdzić czy ktoś widział tę niesamowitą scenę, w której to Laurence nie powiedział niczego wrednego, a co więcej jego ton był w miarę miły. Przypadkowo odkryłem w ten sposób powód zachowania chłopaka. Historyk. Stał kilka kroków dalej przyglądając się nam. Teraz już tylko mi, bo mój towarzysz zniknął w stołówce. Ja również wkroczyłem do wypełnionego zapachem jedzenia pomieszczenia.

Laurence? Nie ma sprawy. Początki są zawsze najgorsze.

środa, 28 grudnia 2016

Od Laurence'a do Ansela

Stałem tam zażenowany obecnością niechcianego chłopaka w moim pokoju.
- Nie, chyba nie Twój - zauważyłem, podkreślając przy tym jego błyskotliwość - Mogę Ci jakoś pomóc? - wyraźnie zmęczony, potarł grzbiet nosa dwoma palcami. Przewróciłem oczami w geście irytacji i sam zacząłem zmierzać w stronę wyjścia. - Choć, zaprowadzę Cię. - mruknąłem cicho wychodząć na zewnątrz. Otoczony mrokiem korytarz zmusił mnie do wytężenia wzroku nim ten przyzywczai się do ciemności. - Jaki masz numer pokoju? - spytałem odwracając się w stronę milczącego do tej pory chłopaka.
- Dziewiętnaście - mruknął.
- Jesteś nowy, prawda? Niewielu ośmiela się przekroczyć próg mojego pokoju - zaśmiałem się cicho, ironizując naszą rozmowę. Niestety odzew był zupełnie inny. Chłopak westchnął ledwosłyszalnie dalej za mną pełznąc. Podprowadziłem go pod drzwi przypisanego chłopakowi pokoju.
- Ansel - wyciągnął dłoń w moją stronę jakby właśnie odnalazł w sobie siłę do nawiązania kontaktu.
- Laurence - odparłem chłodno. Cóż, ani jego ani moje imię nie należało do tych popularnych. Pomijając jakiekolwiek inne grzeczności odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w strone swojego pokoju. Światło przedostające się przez szparę w drzwiach zasugerowało mi, że ktoś właśnie postanowił mnie odwiedzić. Pewien tożsamości jegomościa zamknąłem za sobą drzwi gotów na spotkanie.
- Chyba powinienem nauczyć się je zamykać - posłałem sam sobie cieply uśmiech. Chłopak leżał na łóżku, zupełnie nie przejął moją obecnością. Jego jasne włosy rozpłynęły się na poduszce gdy zwrócił na mnie znudzone spojrzenie.
- Kto to? - spytał niewzruszonym tonem. Cather nie należał do osób, które bawią się w tak zwanego "kotka i myszkę".
- Nikt - mruknąłem. Czasem mam wrażenie, że chciałbym być taki jak on. Wyzuty z emocji, plujący jadem, w pewnym stopniu do tego właśnie dołżyłem, ale wciąż byłem zbyt słaby.
- Mam nadzieję - odparł dmuchając na swoje czoło by i reszta włosów odczepiła się od jego nieskazitelnie czystej cery. Mimo to, nie czekając na rozwinięcie rozmownięcie rozmowy wstał i podszedł do drzwi.
- Zamknij za sobą - rzuciłem, głos przedarł się przez moje lewe ramię i jakby w zwolnionym tempie dotarł do blondyna.
- Do zobaczenia - uśmieszek, który zaigrał na jego twarzy widziałem nawet stojąc do niego tyłem. Te lekko spękane, różowe usta lekko unoszące się do góry. Nie czekając aż wyjdzie poszedłem od razu do łazienki. Nie miałem ochoty o tym rozmawiać, o przeszłości, w której byłem tak bardzo głupi, tylko dlatego, że mu zaufałem. Zbliżając się do lustra niemal bałem się w nie spojrzeć, nie chciałem wiedzieć jakie przejęcie okazałem chłopakowi, nie chciałem widzieć u siebie tego strachu i bólu.
- Ogarnij się - szepnąłem, licząc, że rozmowa z samym sobą jakoś mnie uspokoi. Ten paradoks, mimo, że należałem do dość popularnych osób w szkole, tak naprawdę nie miałem teraz do kogo pójść. Czy jednak w ogóle chciałem?
Nie.
Nie było mi to do niczego potrzebne. Zresztą, i tak mi nie pomogą. Ci ludzie, oni... Potrfią tylko gardzić i choć sam byłem dokładnie taki, nie było sensu wśród takich przebywać. Odpuszczając sobie rozmyślania zdjąłem ubranie i wszedłem pod prysznic licząc, że woda ugasi nerwy, które wyjątkowo słabo dziś ukrywałem. Pozwoliłem spłukać z siebie cały brud, wszystkie złe emocje, czułem jak gorąca kąpiel koi spięte ciało, jednak wszystko co dobre kiedyś się kończy i gdy przyzwyczaiłem swój organizm do gorącej temperatury założyłem podkoszulek i bokserki by następnie wskoczyć do miękkiego i ciepłego łóżka.
***
Następny dzień zaczął się znacznie lepiej. Obudzony przez wdzierające się do mojego pokoju promienie słonecznie nie ociągałem się zbyt długo. Wyciągnąłem z szafy białą koszulę, czarne spodnie by za chwilę na szkolnym korytarzu zawiązywać buty, gotów do szkoły.
Nie, że miałem ochotę spędzać dzisiejszy dzień z jakąkolwiek empatią wobec świata, po prostu chciałem go jak najszybciej skończyć. Zgarnąłem torbę i ruszyłem przez korytarz wraz z innymi rannymi ptaszkami, którzy zapragnęli zacząć wcześnie dzień. Stołówkę ominąłem szerokim łukiem by natychmiast skoczyć do sali lekcyjnej. Historia była jedynym przedmiotem, do którego nauka sprawiała mi przyjemność, zawsze przygotowany na lekcje lubiłem odwiedzać swojego nauczyciela nieco wcześniej. Nigdy nie mieliśmy dobrych relacji, zawsze wdawałem się z nim w niepotrzebne konflikty. Jednak to był właśnie ten rozmówca, który w jakiś sposób wydawał się być inteligentny. Zawsze gdy przychodziłem, opowiadał mi historię, których nie znałem nigdy wcześniej, poniekąd czułem się jakby wprowadzał mnie do innego, lepszego świata. Tym jednak razem w sali lekcyjnej nie zastałem nauczyciela, a chłopaka co pare godzin temu postanowił odwiedzić mój pokój.
- Jeteś fanatykiem historii czy nuda? - spytałem zajmując miejsce na ostatniej ławce od ściany. Wyciągnąłem nogi przed siebie spoglądając na punkt ponad nauczycielskim biurkiem.
- Bałem się, że pomylę sale lekcyjne - z jego gardła wydobył się jakby nie do końca szczery śmiech, przerwany przez wchodzących do klasy innych uczniów.
Niecałą minutę później po szkole rozniósł się przyjemny dźwięk sugerujący, że pora zacząć lekcję. Z korytarza ddało się słyszeć kroki nauczycieli, z wątpliwym zapałem podążających do klas gdy i w naszej pojawił sie nauczyciel.
- Widzę, że nasz nowy kolega zdążył się odnaleźć - stwierdził, gdy wytłumaczył, że chłopaka bardzo długo oczekiwał pod pokojem nauczycielskim - W takim razie cieszę się, że udało Ci się zaklimatyzować.
- Właściwie ledwo trafiłem do tej klasy - mruknął chłopak, wpatrywał się za okno obojętny na słowa nauczyciela, nie przejmujący się ciekawskimi spojrzeniami innych uczniów, którzy oczekiwali sensacji nowego. Oczywiście następnego zdania byłem aż zbyt pewien.
- Mam nadzieję, że pan Bentley szybko oprowadzi Cię po szkole.

Ansel?
Wybacz ale chcę to jakoś zacząć i nie mam pojęcia jak wprowadzić xd