wtorek, 1 listopada 2016

Od Ivy cd. Devona

Wysoka trawa łaskotała mnie w kostki, kiedy przemierzałam pastwisko chcąc jak najszybciej znaleźć się przy kopytnych. Szeroki uśmiech nie schodził z mojej twarzy, aż do momentu, kiedy stanęłam w odległości kilku metrów od koni. Jeden siwek o łagodnym wyglądzie i kasztanka z… charakterkiem. To tylko taka wstępna selekcja a pierwszy rzut oka, zobaczymy jak się na nich jeździ. Podchodzę do siwego, który podnosi z zaciekawieniem łeb odrywając się od konsumpcji smacznej trawy  i głaszczę go powolnymi ruchami między oczami. 

-Cześć, piękny. –witam się z wierzchowcem trącającym mnie w bok reagując dodatkowo śmiechem.
-Widzę, że już się poznałaś z moimi znajomymi. –mówi Devon z uśmiechem podchodząc do kasztanki. Łagodną ręką gładzi ją po łopatce i szyi, a następnie przejeżdża po linii kręgosłupa. Klacz prycha głośno –mimo, że ten dotyk sprawił jej wyraźną przyjemność - i dynamicznie odwraca łeb, by spoglądnąć na mojego przyjaciela,  który zdaje się nic nie robić z jej humoru.
-Są… wspaniałe. Mogę na nim? –pytam przyjaciela z nadzieją w głosie wpatrując się z zafascynowaniem w białego wałacha. Oczywiście domyślając się, po co mnie tu przyprowadził.
-Dobrze. –odpowiada wzruszając ramionami.
Kilka minut później siedzimy na koniach. Kasztanka wierci się odrobinę niespokojnie ale silne nogi Devona trzymają się mocno jej krągłych boków. Pochylam się na szyję mojego wierzchowca i szepczę do niego z uśmiechem:
-Bądź moim jednorożcem, proszę. –w odpowiedzi słyszę parsknięcie. Odwracam się szukając źródła dźwięku, jednak gdy napotykam łobuzerski wzrok Devona, z zaciśniętymi mocno ustami co ma zapobiec wybuchowi śmiechu wiem, że to  on ze mnie zadrwił. W pewnym sensie.
-No co? Każdy ma swoje marzenia. My mamy nadprzyrodzone moce to może i istnieją legendarne, tęczowe jednorożce, hm? –pytam chłopaka z powagą w głosie, jednak po chwili i ja zwijam się ze śmiechu. To absurdalne marzenia.
-To może ich poszukamy? –odzywa się mój przyjaciel w wymownym uśmiechem i ściska łydki dając swojej klaczy znak, żeby ruszyła równym, dynamicznym stępem. Ja również poganiam konia, próbując dorównać kroku chłopakowi, co oczywiście mi się nie udaje.
Devon wygląda, jakby wprost urodził się w siodle. Prosta sylwetka, równe wywarzenie ciężaru ciała, pewna ręka i praca nóg. Do tego wygląda na to, że robi to wszystko odruchowo, bo wciąż ogląda się dookoła podziwiając piękne widoki, które aż krzyczą: ‘Popatrz na mnie!’. Ja –choć całkiem dobrze sobie radzę- z pewnością nie wyglądam tak dostojnie i profesjonalnie jak on na kasztance. Nawet klacz wydała się złagodnieć pod jego kierownictwem. Wyjeżdżając z leśnej ścieżki, którą właśnie stępowaliśmy stajemy na krawędzi zielonej polany ciągnącej się poza zasięg naszych oczu. Lustruję ten widok dokładnie, starając się zachować jego obraz w mojej głowie, żebym w przyszłości mogła wracać do niego w nudne dni i marzyć o ponownym odwiedzeniu tak magicznego miejsca.
-Gotowa na galop? –z rozmyślań wyrywa mnie głos przyjaciela klepiącego z zadowoleniem szyję kasztanki. W odpowiedzi skinęłam tylko głową z uśmiechnęłam się. Byłam pewna, że w moich oczach wyraźnie widział ekscytację, która wstrząsa teraz moim ciałem od środka. Ruszamy spokojnym galopem posuwając się powoli w głąb łąki. Z początku mam problem wyczuć rytm mojego białego wierzchowca, jednak po chwili jakby łączę się z nim, tworząc jedną, wspólną całość. Opór powietrza rozwiewa mi włosy, a wiatr wyciska łzy z oczu. Spoglądam na Devona uśmiechając się jak wariatka. Chyba nawet trochę rechotałam.
-To jest fantastyczne! –krzyczę do również uśmiechniętego chłopaka. W odpowiedzi kiwa głową i dodaje:
-A tak potrafisz? –po czym chwyta się mocniej nogami boków klaczy i puszcza jej grzywę rozkładając szeroko ramiona. Na jego czoło spada kilka niesfornych kosmyków ale natychmiast są wywiewane z powrotem na tył głowy. Devon zamyka oczy i… płynie. Albo szybuje ewentualnie. Świetnie zgrał się z kasztanką i teraz wygląda dokładnie, jakby frunął. Zachodzące słońce sprawia, że jego twarz przyjmuje delikatnie pomarańczowy odcień, kiedy chwyta się znowu grzywy swojego wierzchowca i patrzy na mnie. Co prawda, nigdy tak nie robiłam, nie próbowałam ale postanowiłam zaryzykować. Halo?! Ze spadochronem skaczę, a z tym sobie nie poradzę? Otóż nie, nie poradziłam sobie. Udało mi się utrzymać w tej pozycji około czterech sekund, kiedy najzwyczajniej straciłam równowagę i z głośnym hukiem –tak mi się wydaje- spadłam na ziemię. Turlałam się po wilgotnej trawie, po drodze uderzając o coś twardego, kiedy moje ciało zastygło w bezruchu. Byłam tak zszokowana, że nie mogłam się ruszyć. Leżałam po prostu z twarzą w wysokiej trawie słysząc coraz głośniejsze wołanie mojego imienia. Otrząsnęłam się i poruszyłam. Stwierdziłam, że ‘chyba nic mi nie jest’, więc postanowiłam podnieść się do pozycji siedzącej, jednak opierając się na prawej ręce poczułam palący ból w ramieniu. Po chwili przy moim boku pojawił się Devon. Klęczał koło mnie z zatroskanym wzrokiem i nic nie mówiąc obejrzał całą głowę szukając urazu lub guza i pomógł powoli wstać chwytając mnie za biodra. Nie powiedziałam mu o bólu w ramieniu. Może to jego troska mnie tak zszokowała, może zbyt przejęłam się litością, z którą na mnie patrzył. Ja w każdym bądź razie zamierzałam pocierpieć tę noc i kilka godzin niż… niż żeby myślał, że jestem słaba. Kto wie, może zaraz mi przejdzie?
Teraz, wbijając we mnie wzrok stwierdził:
-Na pierwszy rzut oka raczej nic poważnego, na pewno kilka zadrapań i siniaków ale myślę, że powinien zobaczyć cię lekarz. –na te słowa otworzyłam szeroko oczy i odparłam z udawanym uśmiechem:
-Nie, nic mi nie jest. –Co się dzieje, gdy dwóch upartych przedstawicieli rasy ludzkiej ma odmienne zdanie? Zaczynają się spierać. Coraz głośniej i głośniej i głośniej…
-Dobra. –mówię wzdychając głośno zmęczona burzliwą wymianą zdań. –Pójdźmy na kompromis. Jeżeli jutro obudzę się i będzie mnie coś bolało lub będę się źle czuła powiem ci i pojedziemy do lekarza ok? –widziałam, że chłopak usilnie myśli, marszcząc czoło. Rozważał, czy może mi zaufać? W końcu z niezadowoloną i niepewną miną skinął głową.
-Ale jeżeli jutro poczujesz choćby najmniejszy ból –zgłaszasz mi to, rozumiesz? –powiedział wskazując na mnie palcem. W odpowiedzi rzuciłam jakieś ciche, ledwo zrozumiałe ‘tak’ wbijając wzrok w zgniecioną trawę po której przed chwilą się turlałam. Cieszyłam się, że powiedział ‘jutro’, ponieważ tym ‘jutrem’ okazał się być poniedziałek, co oznaczało kolejny dzień w tym bajkowym miejscu i kolejne wagary z chłopakiem. Devon podprowadził do mnie mojego siwka i pomógł na niego wsiąść. Podciągając się na ręce musiałam wbić mocno zęby w dolną wargę, żeby nie krzyknąć z bólu, który przeszywał moje ramię. Skutkiem tego była krew, sącząca się powoli z moich ust, połykana co chwilę przeze mnie, żebym w razie potrzeby mówienia nie pluła na około małymi, czerwonymi kropelkami. Ruszając powoli spokojnym stępem w stronę domku myślałam nad tą całą sytuacją. Dlaczego mam taki wielki problem powiedzieć Devonowi, że coś faktycznie mnie boli? Czemu go okłamuję –gościa, z którym tak dobrze się dogaduję? Po co upieram się i kłócę, wiedząc, że to co mówi i proponuje ma większy sens i jest… rozsądniejsze.
Devon? Taka tragedia soł macz ;x

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz