Wysoka trawa łaskotała mnie w kostki, kiedy przemierzałam
pastwisko chcąc jak najszybciej znaleźć się przy kopytnych. Szeroki uśmiech nie
schodził z mojej twarzy, aż do momentu, kiedy stanęłam w odległości kilku
metrów od koni. Jeden siwek o łagodnym wyglądzie i kasztanka z… charakterkiem.
To tylko taka wstępna selekcja a pierwszy rzut oka, zobaczymy jak się na nich
jeździ. Podchodzę do siwego, który podnosi z zaciekawieniem łeb odrywając się
od konsumpcji smacznej trawy i głaszczę
go powolnymi ruchami między oczami.
-Cześć, piękny. –witam się z wierzchowcem trącającym mnie w bok reagując
dodatkowo śmiechem.
-Widzę, że już się poznałaś z moimi znajomymi. –mówi Devon z uśmiechem
podchodząc do kasztanki. Łagodną ręką gładzi ją po łopatce i szyi, a następnie
przejeżdża po linii kręgosłupa. Klacz prycha głośno –mimo, że ten dotyk sprawił
jej wyraźną przyjemność - i dynamicznie odwraca łeb, by spoglądnąć na mojego
przyjaciela, który zdaje się nic nie
robić z jej humoru.
-Są… wspaniałe. Mogę na nim? –pytam przyjaciela z nadzieją w głosie wpatrując
się z zafascynowaniem w białego wałacha. Oczywiście domyślając się, po co mnie
tu przyprowadził.
-Dobrze. –odpowiada wzruszając ramionami.
Kilka minut później siedzimy na koniach. Kasztanka wierci się odrobinę niespokojnie
ale silne nogi Devona trzymają się mocno jej krągłych boków. Pochylam się na
szyję mojego wierzchowca i szepczę do niego z uśmiechem:
-Bądź moim jednorożcem, proszę. –w odpowiedzi słyszę parsknięcie. Odwracam się
szukając źródła dźwięku, jednak gdy napotykam łobuzerski wzrok Devona, z
zaciśniętymi mocno ustami co ma zapobiec wybuchowi śmiechu wiem, że to on ze mnie zadrwił. W pewnym sensie.
-No co? Każdy ma swoje marzenia. My mamy nadprzyrodzone moce to może i istnieją
legendarne, tęczowe jednorożce, hm? –pytam chłopaka z powagą w głosie, jednak
po chwili i ja zwijam się ze śmiechu. To absurdalne marzenia.
-To może ich poszukamy? –odzywa się mój przyjaciel w wymownym uśmiechem i
ściska łydki dając swojej klaczy znak, żeby ruszyła równym, dynamicznym stępem.
Ja również poganiam konia, próbując dorównać kroku chłopakowi, co oczywiście mi
się nie udaje.
Devon wygląda, jakby wprost urodził się w siodle. Prosta sylwetka, równe
wywarzenie ciężaru ciała, pewna ręka i praca nóg. Do tego wygląda na to, że robi
to wszystko odruchowo, bo wciąż ogląda się dookoła podziwiając piękne widoki,
które aż krzyczą: ‘Popatrz na mnie!’.
Ja –choć całkiem dobrze sobie radzę- z pewnością nie wyglądam tak dostojnie i
profesjonalnie jak on na kasztance. Nawet klacz wydała się złagodnieć pod jego
kierownictwem. Wyjeżdżając z leśnej ścieżki, którą właśnie stępowaliśmy stajemy
na krawędzi zielonej polany ciągnącej się poza zasięg naszych oczu. Lustruję
ten widok dokładnie, starając się zachować jego obraz w mojej głowie, żebym w przyszłości
mogła wracać do niego w nudne dni i marzyć o ponownym odwiedzeniu tak
magicznego miejsca.
-Gotowa na galop? –z rozmyślań wyrywa mnie głos przyjaciela klepiącego z
zadowoleniem szyję kasztanki. W odpowiedzi skinęłam tylko głową z uśmiechnęłam
się. Byłam pewna, że w moich oczach wyraźnie widział ekscytację, która wstrząsa
teraz moim ciałem od środka. Ruszamy spokojnym galopem posuwając się powoli w
głąb łąki. Z początku mam problem wyczuć rytm mojego białego wierzchowca,
jednak po chwili jakby łączę się z nim, tworząc jedną, wspólną całość. Opór
powietrza rozwiewa mi włosy, a wiatr wyciska łzy z oczu. Spoglądam na Devona
uśmiechając się jak wariatka. Chyba nawet trochę rechotałam.
-To jest fantastyczne! –krzyczę do również uśmiechniętego chłopaka. W
odpowiedzi kiwa głową i dodaje:
-A tak potrafisz? –po czym chwyta się mocniej nogami boków klaczy i puszcza jej
grzywę rozkładając szeroko ramiona. Na jego czoło spada kilka niesfornych
kosmyków ale natychmiast są wywiewane z powrotem na tył głowy. Devon zamyka
oczy i… płynie. Albo szybuje ewentualnie. Świetnie zgrał się z kasztanką i
teraz wygląda dokładnie, jakby frunął. Zachodzące słońce sprawia, że jego twarz
przyjmuje delikatnie pomarańczowy odcień, kiedy chwyta się znowu grzywy swojego
wierzchowca i patrzy na mnie. Co prawda, nigdy tak nie robiłam, nie próbowałam
ale postanowiłam zaryzykować. Halo?! Ze spadochronem skaczę, a z tym sobie nie
poradzę? Otóż nie, nie poradziłam sobie. Udało mi się utrzymać w tej pozycji
około czterech sekund, kiedy najzwyczajniej straciłam równowagę i z głośnym
hukiem –tak mi się wydaje- spadłam na ziemię. Turlałam się po wilgotnej trawie,
po drodze uderzając o coś twardego, kiedy moje ciało zastygło w bezruchu. Byłam
tak zszokowana, że nie mogłam się ruszyć. Leżałam po prostu z twarzą w wysokiej
trawie słysząc coraz głośniejsze wołanie mojego imienia. Otrząsnęłam się i
poruszyłam. Stwierdziłam, że ‘chyba nic mi nie jest’, więc postanowiłam
podnieść się do pozycji siedzącej, jednak opierając się na prawej ręce poczułam
palący ból w ramieniu. Po chwili przy moim boku pojawił się Devon. Klęczał koło
mnie z zatroskanym wzrokiem i nic nie mówiąc obejrzał całą głowę szukając urazu
lub guza i pomógł powoli wstać chwytając mnie za biodra. Nie powiedziałam mu o
bólu w ramieniu. Może to jego troska mnie tak zszokowała, może zbyt przejęłam
się litością, z którą na mnie patrzył. Ja w każdym bądź razie zamierzałam
pocierpieć tę noc i kilka godzin niż… niż żeby myślał, że jestem słaba. Kto
wie, może zaraz mi przejdzie?
Teraz, wbijając we mnie wzrok stwierdził:
-Na pierwszy rzut oka raczej nic poważnego, na pewno kilka zadrapań i siniaków
ale myślę, że powinien zobaczyć cię lekarz. –na te słowa otworzyłam szeroko
oczy i odparłam z udawanym uśmiechem:
-Nie, nic mi nie jest. –Co się dzieje, gdy dwóch upartych przedstawicieli rasy ludzkiej ma odmienne zdanie?
Zaczynają się spierać. Coraz głośniej i głośniej i głośniej…
-Dobra. –mówię wzdychając głośno zmęczona burzliwą wymianą zdań. –Pójdźmy na kompromis. Jeżeli jutro obudzę
się i będzie mnie coś bolało lub będę się źle czuła powiem ci i pojedziemy do
lekarza ok? –widziałam, że chłopak usilnie myśli, marszcząc czoło. Rozważał,
czy może mi zaufać? W końcu z niezadowoloną i niepewną miną skinął głową.
-Ale jeżeli jutro poczujesz choćby najmniejszy ból –zgłaszasz mi to, rozumiesz?
–powiedział wskazując na mnie palcem. W odpowiedzi rzuciłam jakieś ciche, ledwo
zrozumiałe ‘tak’ wbijając wzrok w zgniecioną trawę po której przed chwilą się
turlałam. Cieszyłam się, że powiedział ‘jutro’,
ponieważ tym ‘jutrem’ okazał się być
poniedziałek, co oznaczało kolejny dzień w tym bajkowym miejscu i kolejne
wagary z chłopakiem. Devon podprowadził do mnie mojego siwka i pomógł na niego
wsiąść. Podciągając się na ręce musiałam wbić mocno zęby w dolną wargę, żeby
nie krzyknąć z bólu, który przeszywał moje ramię. Skutkiem tego była krew,
sącząca się powoli z moich ust, połykana co chwilę przeze mnie, żebym w razie
potrzeby mówienia nie pluła na około małymi, czerwonymi kropelkami. Ruszając
powoli spokojnym stępem w stronę domku myślałam nad tą całą sytuacją. Dlaczego
mam taki wielki problem powiedzieć Devonowi, że coś faktycznie mnie boli? Czemu go okłamuję –gościa, z którym tak
dobrze się dogaduję? Po co upieram się i kłócę, wiedząc, że to co mówi i
proponuje ma większy sens i jest… rozsądniejsze.
Devon? Taka tragedia soł macz ;x
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz