wtorek, 1 listopada 2016

Od Devona do Ivy

Każdy przywiązuje się do czegoś.. lub kogoś. Dla jednych może to być ulubiona zabawka z dzieciństwa, pies czy pieniądze. Inni dosadnie związują się z ludźmi. Ci potem ranią, a my zostajemy sami ze swoimi przemyśleniami w czterech ścianach. Jest to nieuniknione, jeśli żyjesz w społeczeństwie. Ludzie nie potrafią nie ranić. Już taka nasza natura.. Płacą za to ci niewinni.
Późną nocą, kiedy księżyc sięgał swoim magicznym światłem do okna naszej tymczasowej sypialni, wypełniając ją swoistą tajemniczością zostałem ze swoimi przemyśleniami. Sen nie wchodził w grę, toteż zająłem swój umysł wyobrażaniem sobie zorzy. Niewątpliwie jest to zjawisko godne poświęcenia każdego czasu czy pieniędzy. Muszę kiedyś taką sobie sprawić. Z tą myślą wyrywam się z łóżka o godzinie szóstej rano. Wychodzę na dwór i przemierzam las krótszą ścieżką do miejsca gdzie postawione są płotki pastwisk dla zwierząt. Usiadam na płocie, wzrok cały czas wbijając w rozjaśniające się niebo oraz gasnące gwiazdy rozłożone na nim w określonym układzie. Równo o siódmej zjawia się przyczepa wioząca w środku niespodziankę. Witam się z kierowcą oraz kobietą towarzyszącą, po czym razem zaglądamy do wnętrza. Wyraźne sylwetki dwóch, potężnych zwierząt wywołują na moich rękach gęsią skórkę. Podchodzę do bliżej stojącego, dotykając opuszkami palców jego pyska. Jego towarzysz, jeszcze śpiący porusza tylną nogą przerywając panującą ciszę. Ciepłe powietrze wypuszczane z nosa zwierzęcia ogrzewa moją dłoń, a klapa z tyłu przyczepy rozsuwa się. Dostrzegam teraz dokładnej maści przyjaciół oraz ich umięśnione nogi. Wyprowadzam jednego, nie mając serca obudzić drugiego. Staje przede mną wielki, muskularny wałach o siwej maści, typowa mieszanka dla koni pracujących w terenie. Z jego głowy wyczytuję łagodność oraz chęć do współpracy z człowiekiem, czego nie można powiedzieć o kasztanowatej klaczy. Odprowadzam przybyszy na pastwisko po czym wracam do domu i zażywam szybkiego prysznica. Zasnąć udaje mi się po kilku minutach, choć nie na długo. Budzę się ledwo po dziesiątej, nie mając swojej towarzyszki za plecami. Powłócząc nogami schodzę po stromych schodach na dół, o mało co nie zabijając się o własne stopy. Przyjemny zapach rozchodzący się po całym parterze przywołuje mnie do kuchni, gdzie pani domu wyjmuje z piekarnika coś na rodzaj ciastek. Może to były ciastka, nie wiem, nie znam się. Opieram się o framugę drzwi mrużąc oczy przez padające wprost na nie słońce. Śmiech ze strony dziewczyny nieco zbija mnie z tropu, podejmuję się jednak rozmowy którą ona rozpoczyna. Wybadanie terenu czy przypadkiem nie zdradziłem się rano było bardzo ważne. Przy śniadaniu udaje mi się stwierdzić, iż udało się zachować w tajemnicy co tajemnicą być powinno, za to otrzymuję kolejne pytanie dotyczące planów na dzień dzisiejszy.
- Chciałabyś wiedzieć wszystko - śmieję się pod nosem, za co otrzymuję kuksańca w ramię. W zasadzie bardziej zabolało chyba Ivy niż mnie, co jest dla niej kolejnym powodem do śmiechu. - Co powiesz na mały spacer?
- Tak po prostu? Spacer? - dopytuje zaskoczona, na co potakuję głową nadal nie ściągając z ust uśmiechu. Z domu zbieramy się pół do dwunastej, tym samym równo o południu docierając na miejsce. Już z oddali dostrzec można było dwie plamy na pastwisku, schylające się do ziemi i skubiące soczystą trawę. Nieoczekiwany pisk szczęścia dziewczyny słyszą nawet daleko stojące zwierzęta, podnosząc do góry głowy oraz strzygąc uszami z zaciekawieniem.
- Potrafisz jeździć, prawda? - dopytuję kiedy Ivy przechodzi przez płot, tym samym dostając się na pastwisko. Głośne "mhm" załatwia sprawę. - Nie przewiduję żadnych pomocy typu siodła czy.. - nie udaje mi się dokończyć, udaremnia to dłoń jasnowłosej, znajdująca się na moich ustach.
- Po prostu już nic nie mów - iskierki szczęścia tańczące w jej oczach oraz szeroki uśmiech same odbierają mi zdolność mówienia.

Ivy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz